Wpisy z tagiem: Francja
sobota, 05 maja 2012
Korsyka - zielona wyspa
Zielona Korsyka Choć tym mianem określa się na ogół Irlandię, to właśnie Korsyka, w powszechnym mniemaniu raczej skalista i czerwono-pomarańczowa, wydała mi się prawdziwie zieloną wyspą.
Menhiry w Filitosa Podobieństwa z Irlandią nie kończą się zresztą na zieloności - na Korsyce pada sporo deszczu (to najbardziej "mokra" wyspa Morza Śródziemnego), a jej mieszkańcy, podobnie jak Irlandczycy, lubią alkohol (z tym, że w odróżnieniu od Irlandczyków piją nie piwo i whiskey a wino i anyżowy pastis.) Korsykanie, jak Irlandczycy, przez lata bili się o niepodległość, najpierw od genuańczyków, ostatnio od Francuzów, ale najwyraźniej z mniejszym przekonaniem, bo bez sukcesu. Ślady tej walki do dziś widać na wyspie, gdzie na murach widnieją napisy "FLNC" (nazwa separatystycznej organizacji) i różne hasła po korsykańsku, a francuskie nazwy miejscowości są zamazane i/lub podziurawione kulami.
Jedna z korsykańskich plaż Swoją zieloność Korsyka zawdzięcza maquis, czyli porastającym jej wzgórza krzaczastym zaroślom, w których schronienie przez stulecia znajdowali korsykańscy terroryści i bandyci. Te dwie postaci - bandyta i terrorysta - to najczęściej przywoływane skojarzenia ze słowem "Korsykanin" (trzecim jest oczywiście Napoleon). Korsykanie uchodzą również za ksenofobów, którzy nie lubią widzieć na swojej wyspie nie-Korsykan. Dlatego zaskoczyło nas odkrycie, że są to ludzie niezwykle otwarci i serdeczni, chętnie wdający się w rozmowy z przybyszami, zwłaszcza te na temat Napoleona lub Korsyki.
Calanques w Campomoro Nie mogę powiedzieć, że zjechaliśmy Korsykę wzdłuż i wszerz, ponieważ trzymaliśmy się głównie południa wyspy, gdzie znajdują się jej największe atrakcje turystyczne : położone na misternie wyrzeźbionej skale Bonifacio, najpiękniejsza we Francji plaża Palombagia, prehistoryczne menhiry w Filitosa i zakochane w Napoleonie Ajaccio. Mieszkaliśmy w przepięknej domenie Pero Longo, z dala od miast (których nie ma znowu na wyspie tak wiele), gdzie rano budziło nas pianie koguta i ryk osłów, a do naszego pokoju zaglądały koty i psy gospodarzy. Udało nam się uniknąć natłoku turystów - często godzinami jechaliśmy po korsykańskich drogach, spotykając jedynie krowy, owce, biegające po lasach korsykańskie świnie lub blokujące przejazd uparte koty.
Trou de la bombe Położona niedaleko od gwarnego Lazurowego Wybrzeża Korsyka jest tak naturalna i dzika, że trudno mi uwierzyć, że te dwa miejsca znajdują się w tym samym kraju. Jeśli więc, będąc przypadkiem na południu Francji, odkryjecie, że wcale się Wam tam nie podoba, odwiedźcie koniecznie zupełnie nie-francuską, zieloną Korsykę. Nawet nie znając francuskiego, z łatwością dogadacie się z miejscowymi po korsykańsku.
Grain de sable
Popołudniowa drzemka
Bonifacio
Ta tablica z nazwą wioski najwyraźniej nie spodobała się jakiemuś Korsykaninowi
piątek, 27 kwietnia 2012
Domeny
Bastide St. Antoine w Grasse Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale wygląda na to, że słowo domena (domaine) faktycznie występuje w języku polskim, nie tylko w odniesieniu do adresów internetowych. „[D]awna wielka posiadłość ziemska należąca do państwa lub rodzin panujących albo magnackich” mówi o domenie Słownik Języka Polskiego.
Widok z Bastide Słynąca z gajów oliwnych i winnic, w których dojrzewa tutejsze rosé, Prowansja obfituje w domeny. Część z nich nadal zamieszkują pewnie winni i oliwni potentaci, część została zmieniona w hotele, restauracje lub chambres d’hotes. Taki los przypadł w udziale domenie Bastide Saint Antoine, będącej obecnie pięciogwiazdkowym hotelem. Przystawka na bazie szparagów... Bastide, położona praktycznie w centrum Grasse (co pozwala przypuszczać, że kiedyś mieszkali tu perfumiarze), jest teraz zarządzana przez znanego (i przesympatycznego) paryskiego szefa Jacquesa Chibois, który odpowiada za poziom tutejszej kuchni. Je się tam wyśmienicie, ale ponieważ ceny dań idą prawdopodobnie w parze z ich jakością, nie mogę raczej obiecać czytelnikom blogu, że często będę tam wpadała. Z naszej ostatniej wizyty najlepiej pamiętam sos na bazie smardzów (i mówię to jako osoba, która nie przepada za grzybami) – bajka. Bastide produkuje również oliwę z własnych drzewek oliwnych i jest to prawdopodobnie najlepsza oliwa na świecie. Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, by mogła smakować lepiej. Butelkę tamtejszej oliwy hołubimy bardziej niż najlepsze wina i, sposobem Południowców, podlewamy nią przed podaniem prawie każdą potrawę (dla tych, którzy niewiedzą – nawet truskawki i lody można podawać z oliwą.) ... i deser na bazie truskawek Inną domeną, którą ostatnio odwiedziliśmy, jest położona w sąsiednim departamencie Var, niedaleko miasta Frejus Clos des Roses. Tu również przyjechaliśmy zwabieni obietnicą dobrego jedzenia – w domenie organizowano niewielkie targi żywności. Wśród winnic i drzew oliwnych piętrzyły się bloki parmezanu i grana padano, kusiły włoskie i korsykańskie wędliny oraz specjały z francuskich Karaibów. Moją uwagę przykuło jednak od razu stoisko czekoladnika Gérarda Courreau, który został właśnie moim ulubionym czekoladnikiem, a który pracuje na co dzień w innej domenie, w miejscowości Roquebrune. Kupiliśmy od niego czekoladki w kształcie główek róż nadziewane rumem z rodzynkami (och) i kostki nugatu zatopione w pomarańczowej czekoladzie (och, och). Roquebrune nie jest daleko, więc na pewno raz na jakiś czas będziemy tam zaglądać. To z tych oliwek powstaje cudowna oliwa Tymczasem, nasza udana przygoda z domenami wcale się nie kończy – jutro wyjeżdżamy na Korsykę, gdzie będziemy mieszkać… w słynącej ze swoich winnic domenie.
Domena Clos des Roses *** Przepraszam czytelników, którzy odnoszą wrażenie, że na blogu niewiele się ostatnio dzieje. Niedawno awansowałam i, choć oczywiście bardzo się cieszę, będę mieć prawdopodobnie jeszcze mniej czasu na blogowanie. Liczę na Waszą wyrozumiałość.
Czekoladowe owoce morza mistrza Courreau
sobota, 21 kwietnia 2012
Trzej kumple – Omar Sy, Nicolas Anelka, Jamel Debbouze
Trzej kumple - od lewej : Omar, Jamel, Nicolas - na spacerze w Londynie, źródło zdjęcia Popularny (od niedawna również w Polsce) aktor Omar Sy, znany piłkarz Nicolas Anelka, jeden z największych francuskich komików Jamel Debbouze. Czy to możliwe, że naprawdę znają się z podwórka? A jednak. Trapiści na start W latach siedemdziesiątych ich rodziny przyjechały do kontynentalnej Francji z – odpowiednio – Senegalu, Martyniki i Maroka i osiadły w robotniczej podparyskiej miejscowości Trappes. Omar, Nicolas i Jamel chodzili tam razem do szkoły, a po lekcjach wygłupiali się i grali w piłkę. Dziś wszyscy trzej należą do najbardziej znanych i lubianych Francuzów. Początki nie były łatwe. Ich rodzinom przydzielono mieszkania socjalne, co świadczy o tym, że nie należały do szczególnie zamożnych. Mamy Omara i Jamela pracowały jako sprzątaczki i do dziś słabo znają francuski. Do tego, Omar mówił (i nadal mówi) z wyraźnym afrykańskim akcentem, który budził nieodmiennie wesołość jego kolegów z klasy, kiedy odpowiadał przy tablicy, a Jamel stracił w wypadku czucie w prawej ręce (jeśli spróbujecie obejrzeć któryś z jego występów, zobaczycie, że przez cały czas trzyma jedną rękę w kieszeni.)
Starówka w Trappes, źródło zdjęcia Kierunek sukces Na szczęście, wszyscy trzej byli piekielnie zdolni, a Francja, w której mieszkali, pozwalała rozwijać się wszystkim talentom, nawet tym najmniej uprzywilejowanym. Jamel zapisał się w szkole na kursy teatralne i szybko zaczął wygrywać szkolne i międzyszkolne konkursy dla komików. Nicolas dał się zauważyć jako nieprzeciętnie uzdolniony piłkarz, który z łatwością dryblował znacznie starszych kolegów. Kumple wyciągnęli rękę do Omara, który do tej pory zostawał w tyle. Kiedy Jamel zaczął prowadzić własny program w lokalnym radiu, zaprosił do jednej z audycji znanego już piłkarza Nicolasa Anelkę i… nieznaną „gwiazdę piłkarską” z Senegalu, Omara Sy. Słuchacze audycji, a nawet szefowie radia, nie od razu zorientowali się, że z dwóch piłkarzy tylko jeden jest prawdziwy. Potem Jamel podpisał umowę z Canal+ i w swoim programie Jamel Comedy Club nadal promował młodego komika Omara Sy. Z tak dobrym skutkiem, że ten ostatni również podpisał umowę z Canal+ i zaczął – razem z innym kumplem, Fredem Testot – prowadzić własny program „SAV des emissions” (Obsługa klienta programów telewizyjnych, ostrzegam, że granica dobrego smaku dość często jest tu przekraczana). Dzięki Canal+ nagrali również z Fredem piosenkę wspierającą francuską drużynę piłkarską podczas mistrzostw świata w RPA. Omar Sy odbiera Cezara dla najlepszego aktora za rolę w filmie "Nietykalni" Nóż w plecy i „Afrykanie śmierdzą” Dziś wszyscy trzej – Omar, Nicolas, Jamel – to niewątpliwe gwiazdy, nie tylko we Francji. Stali się milionerami (dom Anelki w Londynie wcale nie ustępuje temu, który możemy podziwiać w filmie „Nietykalni”), ale czy są we Francji szczęśliwi? Reportaż „L'entree des trappistes”, z którego zaczerpęłam przytaczane tu informacje, nie udziela jasnej odpowiedzi na to pytanie. Anelka jest rozgoryczony kampanią nienawiści, którą francuskie media toczyły przeciwko jego osobie podczas ostatniego mundialu. Uważa, że wbito mu nóż w plecy. Debbouze i Sy widzą to inaczej. Mówią, że sytuacja imigrantów się poprawia i, że nie odczuwają dyskryminacji. „Je kiffe la France” (lecę na Francję, Francja mnie kręci, czy nawet – kocham Francję) wyznaje Jamel. Biała żona Omara Sy wtrąca „Ale jeszcze dzisiaj naszemu synowi kolega powiedział w szkole, że jego tata jest Afrykaninem, a Afrykanie śmierdzą!” „Ale przecież do prawda! Afrykanie śmierdzą!” śmieje się Omar Sy. Pokazuje to jednak, że sporo jest jeszcze do zrobienia. I jeszcze jedno – patrząc na mieszkania socjalne, które przydzielono rodzinom trzech przyjaciół - niewielkie domki z ogródkami - trudno nie zadać sobie pytania, czy ich dzisiejszym odpowiednikom dorastającym w przerażających, bezdusznych blokowiskach, choćby nawet równie zdolnym, też może się poszczęścić.
Źródło informacji : film L'entrée des Trappistes, reż. Mélissa Theuriau (prywatnie partnerka Jamala Debbouze), produkcja Canal+
sobota, 14 kwietnia 2012
Nicea - spacer po linie
Spacerowicza na linie naprawdę udało się nam zobaczyć w pięknym parku jeszcze piękniejszej dzielnicy Cimiez. Spacer po linie to jednak również dobra metafora aktywności każdego pewnie mera Nicei. W mieście zamieszkanym głównie przez obcokrajowców - tych bardzo zamożnyh skupionych wokół Promenady Anglików i tych najuboższych w dzielnicach l'Ariane i Le Moulin - największym wyzwaniem dla każdej lokalnej władzy jest przyciągnięcie do niego młodych kreatywnych. Ci póki co wolą mieszkać w pobliskim Antibes lub na wzgórzach Sophii Antipolis. W Nicei i jej najbliższych okolicach nie ma wielu przedsiębiorstw, młodzi pracują albo w turystyce, albo wcale. Nawet tutejszy uniwersytet jest słabiej notowany niż prywatna szkoła Skema znajdująca się w malutkim Valbonne.
Miejscem, w którym spotykają się wszyscy nicejczycy - ubodzy imigranci, zamożni emeryci i nieliczni studenci - i wszystkie Nicee - starożytnych Rzymian, rezydencji w stylu fin de siecle i modnych knajpek - jest magiczny park w dzielnicy Cimiez. W cieniu rzymskich ruin piknikują afrykańskie rodziny, seniorom z wypielęgnowymi pieskami w drogę wchodzą rozkrzyczane dzieci. Spacer na linie jest tutaj możliwy.
środa, 25 stycznia 2012
Żadne tam mimozy!
Mimoza pod moim oknem Mimoza po polsku - "osoba bardzo delikatna i nadmiernie wrażliwa" (za Słownikiem Języka Polskiego PWN) Mimoza z bliska Mimoza na Lazurowym - rozłożyste drzewo, obsypane żóltymi kwiatami, które rośnie dosłownie wszędzie i zabójczo pachnie*. Wcale nie taka z niej mimoza! Z profilu Co roku czekam na pierwsze kwiaty mimozy, tak jak kiedyś na pierwszy płatek śniegu. Mimoza w Sophii Antipolis *** Mam nadzieję, że mimozą nie okaże się również Jean Dujardin, któremu po otrzymaniu nominacji do Oscara w kategorii najlepszy aktor (10 nominacji dla filmu The Artist) na pewno bardziej od mimozowatości przyda się raczej wytrzymałość baobabu. Poniżej jedna z moich ulubionych scen z filmu The Artist. Czy nie dla takich obrazów wymyślono kino? *W ubiegłym roku nieopatrznie ustawiliśmy wazon z kwiatami mimozy w naszym mieszkaniu - już po kilku minutach właściwie nie dało się w nim oddychać...
sobota, 21 stycznia 2012
Francuskie wnętrza - niespodzianki
Kilka zaskakujących rozwiązań wnętrzarskich podpatrzonych we Francji. 1. Dentysta w stylu Barbie Różowa poczekalnia u dentysty wycisza zestresowanych pacjentów Ten sam dentysta ma fotel dentystyczny z wzorem w panterkę. Czy to, żeby pacjent nie zapomniał, że jednak będzie bolało? 2. Wisząca choinka Widziana z dołu... ...i z profilu 3. Słodki fryzjer Witryna w zakładzie fryzjerskim w Antibes
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Nowe kino nowej Francji
Kadr z filmu "Polisse" - Maïwenn w roli fotografki Melissy Dzisiejszy post jest sponsorowany przez wyrażenie "la France métissée", które znaczy tyle, co "wielokulturowa, przemieszana Francja." Współczesny"typowy Francuz" nie nazywa się bowiem Jean-Baptiste, nie ma wąsów i nie chodzi w berecie. Nazywa się raczej Elias lub Enzo i prawie na pewno jest "typé", czyli ma wyraźne cechy jakiejś grupy etnicznej.
"Polisse" oddział do spraw opieki nad nieletnim przy pracy Francuzi "typé" od dawna pojawiają się we francuskich filmach, dopiero od niedawna jednak zabrali się wyraźnie za współtworzenie francuskiej kinematografii. Ich kino jest nowe i świeże i pokazuje - nareszcie! - Francję inną niż zakurzone mieszkania paryskich intelektualistów.
Polisse. Od lewej: Maiwenn, Jeremy Elkaim i Joeystarr Najważniejszy francuski film tego roku to wspólne dzieło dwóch Francuzów "typé", Erica Toledano i Oliviera Nakache. "Les Intouchables," sympatyczna komedia familijna, przedstawia prawdziwą historię niemożliwej przyjaźni dwóch "niedotykalnych" - niewiarygodnie bogatego inwalidy, sparaliżowanego od szyi w dół i chronicznie bezrobotnego emigranta ze złej paryskiej dzielnicy. "Niedotykalni" to sprawnie zrealizowany film z dużą ilością mniej lub bardziej wyrafinowanych gagów, ale jego głównym atutem jest jednak świeżość i pozytywna energia. Francuzi - również ci typé - tłumnie ruszyli do kin (15 milionów widzów), by zobaczyć, że przepaści dzielące najbogatszych i najbiedniejszych z nich da się jeszcze przeskoczyć.
Polisse: W obozowisku Romów (na zdjęciu Karin Viard) Również mój film francuski 2011 roku powstał za sprawą młodej Francuzki zdecydowanie typée. Jego reżyserka i scenarzystka, Maïwenn, mogłaby nawet być twarzą "la France métissée." Córka Francuzko-Algierki i Bretończyka pochodzenia wietnamskiego ma za sobą niewesołą biografię. Jako dziecko była maltretowana przez oboje rodziców, w wieku 16 lat wyszła za mąż za trzydziestoletniego wtedy Luca Besson, a niedawno związała się z raperem Joeystarrem ogólnie kojarzonym z przemocą, również względem swoich partnerek.
Eric Toldeano i Olivier Nakache - twórcy "Intouchables" Niezależnie od trudnego dzieciństwa Maïwenn udało się zrobić wstrząsający film. Jej "Polisse" to zapis codziennej pracy specjalnego wydziału do spraw ochrony nieletnich w paryskiej policji. Spotkamy w nim przegląd współczesnych paryżan i katalog koszmarów, które mogą przydarzyć się dzieciom - od delikatnej dziewczynki z zamożnej intelektualnej rodziny regularnie gwałconej przez ojca, bo dzieci z obozowiska Romów zmuszane do prostytucji i kradzieży. "Polisse" nie epatuje jednak przemocą i nie próbuje wyciskać łez. To film, który jest przede wszystkim blisko człowieka, z jego pięknem i brzydotą, bezinteresowną dobrocią i bezsensownym okrucieństwem
Les Intouchables: Omar Sy i Francois Cluzet W "Polisse" bardziej niż dzieci obserwujemy chroniących je policjantów, wykonujących niezwykle trudną pracę, która w wiekszości przypadków rujnuje ich życie osobiste. Nadine (Karin Viard) i Fred (Joeysfarr) rozstaną się ze swoimi partnerami, Iris (Marina Foïs) cierpi na bulimię, a Sue Ellen (Emmanuelle Bercot) jest alkoholiczką. Tylko rzadko pozwalają sobie na uśmiech - po udanej akcji szaleją w dyskotece; wygłupiają się, przesłuchując zdemoralizowaną głupawą nastolatkę. Łącznikiem między widzem a drużyną policjantów jest Melissa (w tej roli sama Maïwenn), fotografka, która przygotowuje reportaż o ich pracy. To przeżyciepozwoli jej uwolnić się z burżuazyjnej dzielnicy i przenieść w samo serce paryskiego tygla, gdzie, obudzona rano przez śpiew muezina, fotografuje paryżan-przybyszów z całego świata. Wśród których może już dziś rosną najlepsi francuscy twórcy filmowi nadchodzących lat.
środa, 21 grudnia 2011
Lato w zimie - 2/2
Plumbago, które zakwitło na naszym balkonie w połowie grudnia W grudniu całe Lazurowe bawi się w zimę. Wzdłuż promenad ustawia się "ośnieżone" choinki, na placach rozkłada rynki świąteczne a na palmach wiesza lampki i dekoracje.
Zima w porcie w Antibes Nicea, miasto przepychu i przesady króluje oczywiście w tej zimowej mistyfikacji. Na placu Massena stoi las "ośnieżonych" choinek, pojawiły się tu również lodowisko i rynek świąteczny, na którym kupicie grzane wino oraz nicejskie bożonarodzeniowe figurki - santons.
Regaty w Antibes Na placu Garibaldiego zaskoczy Was olbrzymia bombka, a na ulicach - eleganckie biało-czerwone dekoracje świąteczne, utrzymane w takiej samej stylistyce - ale nie takie same - w całym mieście.
Niebo nad Antibes I tylko słońce nic sobie nie robi z tej zimowej przebieranki Wybrzeża i w sobotę grzało tak miło, że nie dziwiliśmy się na widok spacerowiczów w T-shirtach. Czytelniczki i czytelnicy - Joyeux Noël !
Niedobitki medytują na plaży w Antibes
Ośnieżone choinki na Promenadzie Anglików w Nicei
Dekoracje na nicejskiej starówce
Zimowy plac Massena
Piramidy z choinek na placu Massena
Plac Massena
Socca - nicejski przysmak z ciecierzycy
Plac Garibaldiego
Bombko-ławka na placu Garibaldiego
niedziela, 18 grudnia 2011
Lato w zimie - 1/2
Zima w Antibes Korzystając z pięknego lata, które mamy tej zimy na Południu, spędziliśmy ubiegły weekend w zimowo-letniej Tuluzie. Działy się tam rzeczy niezwykłe.
Ogród japoński w Tuluzie Nad bożonarodzeniowym rynkiem świeciło piękne, prawie letnie słońce. W japońskim ogrodzie żwir udawał wodę.
Ogród japoński w Tuluzie W moczarach czaiły się smoki.
Tuluzański smok Nad Garoną obozowisko rozbili tuluzańscy oburzeni, wśród których widoczną grupę stanowili początkujący żonglerzy (czy to tylko specyfika tuluzańskich oburzonych, czy też żonglują wszyscy oburzeni?). Przy Pont Neuf para nastolatków całowała się bez wytchnienia chyba przez całe popołudnie, najwyraźniej przekonana, że to już wiosna.
Ogród japoński w Tuluzie W zimowo-letniej Tuluzie kino wyglądało jak wnętrze dziewiętnastowiecznej karuzeli (i trochę też jak scenografia w "Moulin Rouge" Buza Luhrmana), a olbrzymie księgarnie przypuściły zmasowany atak na nasze portfele.
Ogród japoński w Tuluzie W tym zimowo-letnim pomieszaniu zupełnie przegapiliśmy najważniejszą informację tego tygodnia - uroczy francuski czarno-biały i niemy film The Artist otrzymał sześć nominacji do Złotych Globów. Mam nadzieję, że te nominacje zmienią się w stosownym czasie w nagrody!
poniedziałek, 12 września 2011
W starym porcie
Stary port w Nicei (nazwa nieco mylaca, bo nic nie wiem o tym, by Nicea miala nowy port ;)) Bardzo lubię wszystkie nasze okoliczne fety i festyny (święto jaśminu, święto mimozy, trufli, cytrusów, lawendy, pszenicy...) i uwielbiam stary port w Nicei z jego wielokolorowymi budynkami kontrastującymi z błękitem nieba i lazurem wody. Dlatego też, nie mogłam przegapić święta portu, jednego z najbardziej malowniczych festynów na Wybrzeżu.
Zespol grajacy po prowansalsku Lou Festin du Pouort, bo tak – po prowansalsku – nazywa się ta coroczna impreza, przyciąga w równym stopniu turystów co miejscowych. Port zostaje zamknięty dla ruchu drogowego i morskiego i cały oddaje się świętowaniu. W tym roku rozstawiono w nim cztery sceny, na których miejscowe zespoły grały jazz, bluesa, reggae i pop-rock oraz niezliczone stoiska z nicejskimi przysmakami. Po porcie przechadzali się przebierańcy na szczudłach, przejechał nim również niewielki karnawałowy korowód.
Kolorowe budynki starego portu Nas, jak co roku przyciągnęła „wioska szefów”, w której za 5€ można skosztować dzieł szefów kuchni z Nicei i okolic, w tym z hotelu Negresco, jednego z najdroższych hoteli na świecie. Na papierowaych talerzach i przy plastikowych stolikach próbowaliśmy więc najlepszej światowej kuchni – sosu z homara, musu z sardynek i szampana podanego na ciasteczkach barwionych atramentem ośmiornicy, crème brulée z foie gras z figami i moich ulubionych ryb - rougets. Socca - nicejskie placki z ciecierzycy Oprócz „wioski szefów”, moją ulubioną atrakcją święta jest zawsze możliwość przepłynięcia się po porcie jedną z autentycznych rybackich łódek, które na tę okazję zmieniają się w udekorowane kwiatami i pochodniami wielce romantyczne gondole. I, oczywiście, sama możliwość spędzenia czasu w porcie, na którego kolorowe budynki mogłabym patrzeć bez końca.
Ukwiecone lodki rybackie Gondole, port, karnawał - po co tracić czas na podróż do Wenecji?
Rowerzysci na promenadzie
Plaza w Nicei
Wszyscy ida w strone portu
Promenada Anglikow noca
Jedna z pieknych nicejskich kamienic
Zatoka aniolow przed zachodem slonca |
Zakładki:
1. Zagladam codziennie
2. Spis treści
3. Paryżanki
4. O Nicei
5. Filmy, książki, podróże
6. Osobiste
7. Inne przyjemności
8. O blogu
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||