Podróże po Lazurowym Wybrzeżu i nieco dalej, kuchnia, filmy i książki, podglądanie Francuzów.
sobota, 09 lutego 2013
Strajk komputera i dwie półpowieści

hangzhou, chiny

Jezioro zachodnie w chińskim mieście Hangzhou

Jeśli zaniedbywałam ostatnio blog, to z bardzo dobrego powodu - bliski mojemu sercu mężczyzna zalał mój komputer herbatą, po czym beztrosko wyjechał w delegację - ze swoim komputerem. Zostałam więc tym samym brutalnie odcięta od internetu.

Wracam do wirtualnego światka wzbogacona o lekturę dwóch półpowieści, chinskiej i polskiej - obu wartych polecenia - i zubożona o literę "c", która, po herbacianej katastrofie, odmówiła posłuszeństwa. Dlatego przymknijcie proszę oko na słowa bez litery "c", które na pewno z czasem się tu pojawią - jej brak będzie wynikał raczej ze strajku komputera niż z mojej kompletnej nieznajomości polskiej ortografii.

Dwie półpowieści to niezwykłe połączenia fikcji, autobiografii, wspomnień, reportażu, poezji i pieśni. Choc powstały pod różnymi szerokościami geograficznymi to, poza niezwykłym talentem obojga autorów, łączy je wiele. Obie w nieoczywisty sposób opisują ustrój totalitarny i jego wpływ na życie zwykłych ludzi, obie starają się ocalić od zapomnienia czasy, które mało kto już pamięta.

"Góra duszy" nagrodzonego nagrodą Nobla Gao Xingjiiana to niezwykły zapis podróży autora po chińskiej prowincji sprzed wielkiej modernizacji, sprzed fabryk iPhone'ów i szanghajskiej dzielnicy Pudong. Gao Xingjian podróżował po Chinach, w których jeszcze modlili się autentyczni mnisi taoistyczni, po których jeszcze straszyły duchy, w których jeszcze śpiewano pieśni i organizowano walki papierowych smoków. Liczni narratorzy z niepokojem obserwują dokonujące się w kraju zmiany : "Co to za kraj, który nie szanuje swoich tradycji!" uniesie się jeden z nich. Wie, że wszystko, co z takim podziwem odnotowuje, zostanie wkrótce zmiecione przez postępującą indsutrializację tak jak wioski, które po zbudowaniu monstrualnej tamy Trzech Przełomów zalała woda.

"Włoskie Szpilki" Magdaleny Tulli, która do tej pory nie otrzymała żadnej ważnej nagrody, choć na pewno zasługuje na niejedną, są próbą zrozumienia dziwactwa kraju, w którym dane jej było wychować się i dorosnąć. Tulli wspomina peerelowskie szkoły i przedszkola, w których system totalitarny wymagał, by wszystkie dzieci karnie przestrzegały narzuconych im reguł, opisuje drobne upokorzenia związane z życiem w Peerelu i te większe jak antyżydowska nagonka z lat '60. Wraca wreszcie do najczarniejszych kart polskiej historii - wybuchu drugiej wojny światowej, Powstania warszawskiego, obozów koncentracyjnych. Jej półpowieść jest przeraźliwie smutna i, w zestawieniu z "Górą Duszy", nie ofiaruje żadnej nadziei na happy end.

Ja tymczasem prawie cieszę się ze strajku komputera, który pozwolił mi, przez niemal całkowite odcięcie od Internetu i tym samym całego wspólczesnego świata, na lekturę tych dwóch książek z przeszłości. Obie bardzo gorąco polecam, również osobom z działającymi komputerami.

Gao Xingjiian. „La montagne de l'ame.” Editions de l'Aube. 1995.

Magdalena Tulli. "Włoskie szpilki." Wydawnictwo Nisza. 2012.

czwartek, 08 grudnia 2011
Zgrzebny Wałbrzych

Wałbrzych

Piaskowa Góra, zdjęcie: Krzysztof Demarc, źródło: http://www.um.walbrzych.pl

Doskonała "Piaskowa Góra" Joanny Bator przypomniała mi niedawno, dlaczego warto jest czytać polskich autorów.

* Nikt nie potrafi odkryć bogactwa (czy nawet urody) polskiego języka i wykorzystać w pełni jego możliwości tak jak pisarz. Posłuchajcie tylko tego fragmentu:

"Nikt nie uczy, jak odróżnić w przyszłości dobrych panów od złych, skoro jedni są niebezpieczni i nie należy do nich podchodzić, a wśród innych trzeba znaleźć kogoś, z kim najpierw będzie się chodzić, a potem za niego wyjdzie. Od tego, kim on będzie, zależy, jak daleko się zajdzie, a trudno wyobrazić sobie zajście dalsze niż do Enerefu. Panowie na Krzakach doszli do kresu swoich możliwości, a kobiety, które za nich wyszły i z nimi zaszły, zaczęły już gorzko żałować tego kroku. Żaden nie dojdzie dalej, niż doszedł, a paru jest na zupełnym dnie."

Tych kilka zdań opisuje smutną społeczność alkoholików "na Krzakach" w Wałbrzychu czasu przemian. Od razu ostrzegam, że "Piaskową Górę" mogłabym cytować całymi rozdziałami, gdyby nie obawa przed naruszeniem praw autorskich ;)

* Nikt tak jak polski pisarz, nie może rozprawić się z demonami polskiej przyszłości, a tych Bator dotyka chyba aż zbyt wielu - przesiedleńcy i wypędzeni, niemiecka okupacja, kolaboranci i szmalcownicy, zgrzebna rzeczywistość PRL i bezduszna pogoń za pieniądzem z pierwszych lat polskiego kapitalizmu. Z przyjemnością odnajdywałam u Bator zapamietane jak przez mgłę smaki PRLu - chociażby oranżady z proszku.

* Nikt tak jak polski pisarz, nie zdefiniuje również współczesnej polskiej rzeczywistości. Bator bardzo ciekawie pisze o roli kobiet (kuchenne królowe, które w czasie spędzanym poza kuchnią wykonują mało ciekawą, "kobiecą" pracę) i o polskiej religijności. Scena, w której wałbrzyskie rodziny idą w deszczu na pierwsze komunie ich pociech, jest po prostu doskonała.

"Piaskowej Górze" nie brakuje wad. Czasami Bator decyduje się na dość tanie rozwiązania - sentymentalne, obliczone na łatwe wzruszenie czytelnika. Poniższe zdanie:

"Tak samo krzyknie już niedługo, gdy przez otwór w suficie zamiast wody zasyczy gaz." 

bardziej pasuje mi do piosenki zespołu Perfect niż poważnej powieści.

Mocnych stron jest jednak w książce znacznie więcej i gorąco ją polecam, nie tylko dla patriotycznych uniesień.

***

Joanna Bator. „Piaskowa Góra.” Warszawa: W.A.B. 2009.

piątek, 21 października 2011
Z Antibes do Szanghaju

Antibes, Le Nomad

Sama sobie zazdroszczę. Kto mógłby się spodziewać, ze w kilka miesięcy po "podroży życia" do Peru będę mogła udać się w kolejna podróż życia – do Chin? Do tego nie do ciężkiego, totalitarnego Pekinu, ale do dekadenckiego, zmysłowego (widzieliście „Ostrożnie, pożądanie" Anga Lee ?), tajemniczego Szanghaju? W ciągu ostatnich kilku tygodni przygotowywałam się gorączkowo do tego wyjazdu, nadal jednak nie jestem w stanie do końca sobie wyobrazić, co mnie tam czeka.

Antibes, Le Nomad

W ramach przygotowań przeczytałam zapis chińskich przygód malarki Fabienne Verdier – niekoniecznie zachęcający do podróżowania po Chinach, ale ciekawy chociażby dzięki temu, że autorka znalazła się w kraju (i w Szanghaju) w przełomowym momencie. Na jej oczach znikały tradycyjne stare Chiny, zastępowane wznoszonymi naprędce wieżowcami, autostradami, tamami i ogólną masywną betonową infrastrukturą. Verdier wspomina Szanghaj, którego największą pasją są zakazane walki świerszczy. Czy między nowo wybudowanymi wieżowcami szanghajskiej dzielnicy Pudong można dziś jeszcze zobaczyć walczące świerszcze?

Antibes

Stare i nowe Chiny ścierają się również w powieści „Trzy Siostry” Bi Feiyu (nie czytałam dramatu Czechowa pod tym samym tytułem, ale nie sądzę by powieść Feiyu miała do niego nawiązywać. Jeśli już, to bardzo powierzchownie), którą przeczytałam zachęcona wskazówkami Chihiro. Feiyu zabiera nas w podróż po trzech światach – chińskiej wsi, mieście i szkole wyższej. Naszymi przewodnikami będa trzy z siedmiu sióstr Yu. Po wsi oprowadza nas najstarsza siostra, Yumi, rozsądna i dojrzała, kierująca się tradycyjnymi wartościami. Miasto pokaże nam Yuxiu, trzecia siostra, romantyczna, w nieustannej opozycji do rozważnej Yumi. Yuxiu to rodzinna piękność i na pewno zdołałaby dobrze wyjść za mąż, gdyby nie jej „problem” – padłą ofiara zbiorowego gwałtu. („Yuxiu zepsuło siedmiu lub ośmiu mężczyzn” mówi potencjalnym kandydatom na męża jej starsza siostra, s. 186). Z Yuyang, najmłodszą z sióstr wybierzemy się do chińskiej szkoły wyższej – miejsca, w którym kształci się przyszłych nauczycieli. Zapis jej losów to ciekawa chińska odpowiedź na amerykańską powieść kampusową.

Z trzech kobiet tylko jedna może odnieść jako taki sukces w komunistycznych Chinach. Mądra Yumi, piękna Yuxiu, czy pozbawiona jakichkolwiek pozytywnych cech Yuyang? Myślę, że znacie odpowiedź.

Antibes

W powieść Feiyu wplecione są różne chińskie ludowe mądrości, które często wywołują uśmiech na ustach zachodniego czytelnika. Gdyby nie one, "Trzy siostry" moglyby wlasciwie byc zapisem losu kobiet w jakimkolwiek kraju rządzonym przez komunistow. Feiyu nie akcentuje "chińskości" książki, nie mowi nam o duchach, magii, chińskich wierzeniach. Czy to dlatego, że ze świadomości Chińczykow współczesnych siostrom Yu wyparły je już komunistyczne władze? Dość, że wszyscy bohaterowie powieści są bardzo pragmatyczni.

Antibes

Zwłaszcza w jej "wiejskiej" części bohaterom i (przede wszystkim) bohaterkom powieści zdarzają sie rzeczy straszne. Tylko użycie przez Feiyu humoru i ironii sprawia, że możemy jako tako przyjąć ponurą prawdę o losach kobiety w komunistycznych Chinach. Ta kieruje sie dość prostym kodem etycznym: należy rodzić tylko chłopców, niezamężna dziewczyna, która nie jest dziewicą (w tym rownież ofiara gwałtu) jest nic niewarta, podobnie jak kobieta bezpłodna lub taka, która rodzi tylko dziewczynki. Choć ich sposób myślenia jest bardzo różny od naszego, Feiyu potrafił zbudować bohaterki, do których czytelnik może się nie tylko przywiazac, ale też - które ku swojemu przerażeniu zaczyna z czasem rozumieć. "Niech to będzie chłopiec, niech to będzie chłopiec" zaklinałam, kiedy jedna z bohaterek była w ciąży.

Juan les Pins

Oprócz sposobu myślenia mlodych Chinek czasu przemian, Feiyu świetnie przedstawia również walkę o władzę i pozycję na różnych szczeblach – w rodzinie (między siedmioma siostrami), w wiosce, wśród urzędników i nauczycieli. Czy to lata totalitaryzmu zaszczepiły w Chinczykach ten wewnętrzny przymus ciaglej walki o dominację?

Oprócz zapisków Verdier i powieści Feiyu czytam również inną podróż po komunistycznych Chinach (tym razem prawdziwą jazdę bez trzymanki) „Trudne prawo karmy” Mo Yana. I, żeby nie ograniczyć się do czytania w moich przygotowaniach do wyjazdu, wzruszyłam się niesłychanie (#wstydliwewyznania), oglądając cudownie ckliwy chiński musical „Perhaps Love” z jednym z najpiękniejszych mężczyzn na świecie, Japończykiem Takeshim Kaneshiro.

Wylatuję jutro, wracam za dwa tygodnie. Będę starała się pokazywać czasem na blogu, ale nie wiem, na ile będzie to możliwe (Chiny nie słyną z bezproblemowego dostępu do internetu…). Na zdjęciach – miasto, które tymczasowo opuszczam. Październikowe Antibes.

Do zobaczenia! 再見!

***

Bi Feiyu. „Three sisters.” Houghton Mifflin Harcourt. 2010.

środa, 12 października 2011
Śladami chińskich mistrzów

Fabienne Verdier

Foto: http://www.galeriealicepauli.ch

 

Kiedy Fabienne Verdier, zdolna absolwentka akademii sztuk pieknych w Tuluzie odrzcuila propozycje stypendium w Paryzu, bo chciala, zamiast we Francji, uczyc sie malarstwa w Chinach, jej znajomi i nauczyciele uznali tę decyzję za nieprzemyślaną. Choć nie dziwiły ich przypadki Chińczyków, którzy naśladowali malarzy europejskich, upór młodej Francuzki, żeby nauczyć się malarstwa od chińskich mistrzów, nie znalazł ich zrozumienia. Fabienne nie dała się jednak zniechęcić i już wkrótce rozpoczęła naukę na uniwersytecie w Chongqing w prowincji Syczuan. Swoje doświadczenia i przemyślenia opisała w książce „ Pasażerka ciszy.”

 

Fabienne VerdierFoto: http://www.galeriealicepauli.ch

Był rok 1983. Zafascynowana sztuką chińską Fabienne odkryła, że w Chinach nikt nie uczy już tradycyjnego malarstwa ani kaligrafii. Dawnym mistrzom zakazano nauczania, niektórych poddawano psychicznym i fizycznym (utrata ręki) torturom. W szkole w Chongqing obowiązującym stylem był siermiężny seocrealizm, który w ogóle jej nie interesował. Ruszyła więc na poszukiwania mistrza, który przeżył Kulturalną Rewolucję i zgodziłby się – po kryjomu – przekazać jej swoją wiedzę.

Fabienne Verdier

Foto: http://www.galeriealicepauli.ch

Verdier nie do końca przekonuje mnie jako pisarka (choć nic w tym dziwnego – jest w końcu malarką), ale zachwyca jako osoba (do tego na współczesnych zdjęciach przypomina trochę Pinę Bausch :)). Jej odwaga, determinacja, dystans do siebie i – przede wszystkim – umiejętność wyjścia poza sztywne ramy własnej kultury i otworzenia się na inną napełniały mnie podziwem i zazdrością. Podczas lektury "Pasażerki" zastanawiałam się nieustannie, co zrobiłabym na jej miejscu... choć oczywiście nigdy nie znalazłabym się na jej miejscu, bo nie miałabym odwagi wyjechać sama do Syczuanu lat ’80.*

 Fabienne Verdier

Foto: http://www.galeriealicepauli.ch

Bardzo podobały mi się niektóre spostrzeżenia Verdier dotyczące chińskiej sztuki, mentalności i Chin jako takich.

Sztuka i historia – Verdier ma w Chongqing kurs o historii chińskiej sztuki, ale niewiele z niego rozumie, bo nie zna historii i filozofii Chin. „Jak zrozumieć malarstwo zachodnie od fresków rzymskich do Delacroix, nie znając chrześcijaństwa, mitologii greckiej i rzymskiej, humanizmu i renesansu?” (strona 78)

Inspiracja – „To było niesamowite, patrzeć, jak ci młodzi ludzie [studenci z Syczuanu] inspirują się wyłącznie kulturą zachodnią. Ale co mieli prawo zachować z własnej?” (strona 86)

Kopiowanie – „Zaczynali, kopiując, kopiując niestrudzenie i dopiero później, po wytrwałej pracy niektórzy z nich odnajdywali własny styl (...) Podczas gdy u nas studenci zbyt szybko chcą tworzyć samodzielnie, oni malowali, tak jak kiedyś w Chinach, kopiując mistrzów. W Chinach nie ma europejskiej pogardy dla kopii, wręcz przeciwnie.” (strony 87-8)

Verdier nie mówi jednak tylko o różnicach, ale szuka również podobieństw. Słowa jej mistrza często przywołują jej na myśl cytaty z filozofów greckich, europejskich poetów i malarzy, a nawet... Gustawa Flauberta. Odnotowuje wszystko, bo wie, że jest jednym z ostatnich świadków tego, co zostało z wielkich Chin. Kiedy zwiedza Syczuan, notuje „Niestety, ten pejzaż, jeden z najpiękniejszych w Chinach, wkrótce zniknie, bo zostanie tu wybudowana olbrzymia tama. Ewakuowano już okoliczne wioski.”

Chin i mistrzów Verdier już nie ma. Tym cenniejsze jest jej świadectwo.

Fabienne Verdier

Foto: http://www.galeriealicepauli.ch

*Za to za dziesięć dni wyjeżdżam na dwa tygodnie do Szanghaju :D

 

***

Dziękuję bardzo Lirael za polecenie mi tej książki. Od razu czuję się lepiej przygotowana do podróży.

 

Fabienne Verdier. „Passagère du silence.” Editions Albin Michel. 2003

poniedziałek, 10 października 2011
Wiosna kobiet i jesień książek (a może na odwrót?) w Mouans-Sartoux

U bukinistow

Jeśli znajduje się na Lazurowym Wybrzeżu jedna miejscowość, którą nie interesują się turyści, jest to na pewno Mouans-Sartoux. Daleko od morza, bez zabytkowej starówki, bez klimatu, ot – miasto do mieszkania. Do Mouans-Sartoux zaglądają jednak czasem miejscowi, w miasteczku znajduje się bowiem jedno z najlepszych kin w okolicach Antibes i organizuje Festiwal Książki.

Odrobina książki na jesień

Przyjechałam na Festiwal razem z tysiącami (naprawdę!) innych czytelników, nie wiedząc do końca, czego się po nim spodziewać. Rozmach imprezy bardzo mnie zaskoczył. Jak to możliwe, że w takiej – nie bójmy się tego słowa – dziurze udało się tak dobrze ją zorganizować?

Festiwal Ksiazki w Mouans Sartoux

Najwieksze stoisko zajal oczywiscie Gallimard

Festiwal zajmował właściwie całe centrum miasta. W położonych sprytnie w pobliżu dworca kolejowego w Mouans-Sartoux namiotach, gimnazjach i kinie La Strada prezentowano literaturę piękną, młodzieżową, komiksy, książki dla dzieci, książki obywatelskie (?), po prowansalsku i albumy. Na kolana powalił mnie album o malarstwie chińskim przypominający bardziej drogocenne dzieło sztuki niż tradycyjnie rozumianą książkę (również ceną – 175€...) Swoje utwory podpisywali pisarze, m.in. autorka popularnych kryminałów publikująca pod pseudonimem Fred Vargas. Pomiędzy oficjalnymi budynkami Festiwalu rozstawili się bukiniści sprzedający po kilka euro książki używane. Moje zakupy się udały – wyszłam z Festiwalu z jedną nowością i jednym starociem.

Festiwal ksiazek w Mouans Sartoux

Kolejka chetnych do wysluchania debaty

Kiedy nadejdzie wiosna kobiet?

Festiwal był też okazją do wymiany poglądów na różne tematy – czy nie do tego również służą książki? Spóźniłam się co prawda niewybaczalnie na spotkanie z Dominique Conil, udało mi się jednak posłuchać ciekawej debaty o wiośnie kobiet.

Festiwal ksiazek w Mouans Sartoux

Bajkobus - atrakcja dla dzieci

Przyznam, że kiedy przeczytałam tytuł panelu „Le printemps des femmes, c’est pour quand?”, byłam przekonana, że poruszy temat ewentualnej wiosny kobiet w krajach arabskich („le printemps arabe” to francuskie określenie na ostatnie wydarzenia w Tunezji, Libii i Egipcie). Wszyscy uczestnicy debaty byli jednak biali i debatowali wyłącznie o sytuacji kobiet we Francji, która – moim zdaniem – w porównaniu z resztą świata i tak jest niezła. Poruszono problem zbyt skromnego udziału kobiet w polityce i nierównych płac, nieuczciwego rozłożenia prac domowych (kiedy dziecko jest chore w 97 proc. przypadków to kobieta zwalnia się z pracy...) i wzajemnych zależności między tymi zjawiskami. To, że kobiety rzadko pojawiają się w polityce i na stanowiskach kierowniczych wynika przecież z faktu, że częściej niż mężczyźni opiekują się dziećmi i domem.

Festiwal ksiazki w Mouans Sartoux

Socjolog Jean-Claude Kaufmann, polityk i feministka Clémentine Autain, prowadzacy spotkanie Patrick Banon, pisarka i piosenkarka Lola Lafon

Najlepsze już za nami?

Najciekawiej – nieco mniej standardowo – mówiła moim zdaniem pisarka i piosenkarka Lola Lafon. Zauważyła, że feminizm jest domeną białych kobiet z burżuazji i stał się możliwy dzięki opiekunkom do dzieci i sprzątaczkom z innych grup etnicznych, potwierdzając tym samym słowa Toni Morrison z jej artykułu „What the Black Woman Thinks of The Women’s Lib” (ciekawe, czy go czytała?). Mówiła również o wizerunku kobiet sprzedawanym nam przez kolorowe magazyny określonym przez nią jako „ciało trzynastolatki, duży biust plus dziecko na rękach.” Lafon jest przekonana, że sytuacja kobiet we Francji pogorszyła się od lat ’70 – kiedyś kobieta mogła zdecydować, że nie chce dziecka i szanowano jej wybór, teraz w każdym wywiadzie z kobietą pada pytanie o to, czy i jaką jest mamą (za to mężczyzn nie wypytuje się o ojcostwo).

Festiwal ksiazki w Mouans Sartoux

Stoisko z literatura po oksytansku

Z tym ostatnim zdaniem zgadzali się wszyscy prelegenci i wiele z osób obecnych w wypełnionej po brzegi sali kina La Strada. Wszyscy zdawali się myśleć, że w latach ’60 i ’70 sytuacja kobiet na rynku pracy, w polityce i życiu prywatnym była lepsza niż obecnie. Moje obserwacje zgromadzonej publiczności zdawały się to potwierdzać. Starsze kobiety obecne na sali wyglądały często jak zasłużone bojowniczki o Sprawę – męskie fryzury i wojskowy ubiór lub wręcz przeciwnie, swobodny, hipisowski styl dzieci kwiatów. Moją uwagę przykuła zwłaszcza starsza pani w kolorowych pumpach z długim warkoczem i bez biustonosza – założę się, że czterdzieści lat temu stawała ze swoimi camarades na barykadach. Za to jedna z nielicznych młodych kobiet, kiedy doszła do głosu, powiedziała, że wcale nie wie, po co jej ten feminizm, bo wszystko i tak zostało już wywalczone.

Paroles, paroles, paroles

Zainteresowała mnie jeszcze jedna rzecz – niezależnie od płci i wieku i zaproszeni goście, i przedstawiciele publiczności mówili pięknym językiem z idealną dykcją, budując eleganckie zdania o bogatym słownictwie. Ja tak nie potrafię. Ta umiejętność zdaje się również być obca polskim politykom. Czy ktoś wie, czy we Francji dzieci uczą się lub uczyły w szkołach krasomówstwa?

czwartek, 06 października 2011
Czytanie Toni

Foto: ronbrown.org

Jak mam Was zachęcić do czytania Toni Morrison?

Mogłabym na przykład powiedzieć Wam, że otrzymała kilka lat temu nagrodę Nobla... Co, właśnie skończyliście czytać powieść znanego noblisty i wynudziliście się za wszystkie czasy? Ok, spróbuję inaczej.

Może tak: Toni Morrison uważa się za bojowniczkę o prawa kobiet* i czarnych Amerykanów... Hm, mówicie, że nie lubicie mieszania literatury i polityki? Dobrze, będzie zatem jeszcze inaczej.

Na przykład: Literatura Toni Morrison jest uznawana za doskonały przykład magicznego realizmu... Widzę, że ziewacie na samą wzmiankę o magicznym realizmie? Trudno, spróbuję w takim razie przedstawić sprawę jasno.

Toni Morrison

Foto: newson.com

Toni Morrison należy czytać, bo czyta się ją świetnie. Jej mocnej, odważnej prozy nie da się zakwalifikować, bo siła jej słów (wybaczcie tandetną metaforę) rozsadza kategorie i szufladki. Toni pisze o sprawach, o których nie chcemy wiedzieć i nie chcemy słuchać, ale w taki sposób, że od jej książek nie można się oderwać. Może wzbudzić irytację, a nawet zranić – niektórzy z jej bohaterów szczerze nienawidzą białych ludzi i współczesnej cywilizacji i... no ja wcale nie wiem, czy autorka wyraźnie ich potępia (mówię tu zwłaszcza o powieściach „sprzed Nobla”, w późniejszych tego gniewu jest znacznie mniej).

Adam Zagajewski powiedział, że dobre powieści (na przykład Coetzee) wyrastają z poczucia winy (dlatego jego zdaniem w Polsce nie powstają dobre powieści.) Powieści Morrison, wręcz przeciwnie, wyrastają z poczucia krzywdy, są rzuconym w nas (aha, również w nas) oskarżeniem. Zestawiać je z „sympatycznym” „Kolorem purpury” Alice Walker, to jak stawiać Martina Luthera Kinga w ringu przeciw Czarnym Panterom. Również czytelnik wychodzi z tej lektury potłuczony, choć radość z obcowania z jej doskonałą prozą (tak, tą samą, która wyważa szufladki i kategorie) koi nieco ból.

Najbardziej chciałabym zachęcić Was do lektury jej wczesnych powieści (właśnie tych gniewnych), zwłaszcza „Pieśni Salomona” i „Tar Baby.”** Nawet jeśli podczas czytania będziecie odczuwać czasem ochotę rzucenia książką o ścianę, zaręczam, że nie pożałujecie tego spotkania.

*Sama Morrison odżegnuje się od nazywania jej feministką. Napisała nawet, że feministiki to białe kobiety, które chodzą na feministyczne spotkania, w czasie gdy czarne kobiety zajmują się ich dziećmi. Że co? Od razu bardziej ją lubicie?

**I to wcale nie dlatego, że "zakochałam sie" w jej głównym bohaterze...

czwartek, 25 sierpnia 2011
Literaci wracają z wakacji

 

W Polsce jesień poznaje się po spadających z drzew liściach i dojrzewaniu kasztanów, na Riwierze - po przekwitaniu oleandrów i wysypie nowych książek w księgarniach. "La rentrée littéraire" to zjawisko chyba rdzennie francuskie polegające na tym, że po wakacyjnej posusze, wydawcy na akord wypuszczają na rynek nowe książki z nadejściem jesieni. Podobnie jak Boże Narodzenie, "la rentrée" co roku świętuje się trochę wcześniej, wiec zapowiadające ją pierwsze jaskółki pojawiają się ostatnio już w połowie sierpnia. Wraz z nadejściem "rentrée" do gazet wracają dodatki literackie (wstrzymane latem) i zaczynają się gorączkowe rozważania: kto jest gwiazdą tegorocznej "rentrée"? Kto dostanie nagrodę Goncourtów? Kto prix Renaudot ? Kto prix Femina?

Za największe hity tegorocznej "rentrée" uważa się amerykańską powieść "Freedom" Jonathana Franzena, o ktorej pisala kiedys Chihiro i nowy tytuł popularnego również w Polsce Harukiego Murakamiego (proszę na mnie nakrzyczeć, jeśli nie tak odmienia się to nazwisko) robiący podobno furorę w Japonii "1Q84". Uwagę przykuwają również nowe dzieła pisarzy, którzy co roku przy okazji "rentrée" wydają swoje kolejne powieści i, o których przy okazji każdej "rentrée" warto wspomnieć: Amélie Nothomb i Jeana d'Ormesson. Z regularności tej pierwszej śmieje się krytyk literacki "Le Figaro", Yann Moix: "Amélie znaczy dla mnie tyle, co jesień (...) Amélie, dlaczego nie wydasz czegoś na wiosnę lub zimą?" Ze zjawiska „rentrée littéraire” podkpiwa również autor przedmowy do mojego kieszonkowego wydania „Jaszczura” Balzaka. „Jaszczur” ukazał się w lipcu i sprzedawał świetnie, co dziś oczywiście nie byłoby możliwe. Wszyscy powiedzieliby Balzakowi, żeby poczekał do września – na „rentrée.”

Wśród niezwykłej obfitości nowych tytułów i nazwisk kilka zainteresowało i mnie i znajdzie pewnie miejsce w mojej blibliotece. 

 * "L'art français de la guerre" (Francuska sztuka wojny), Alexis Jenni  – Debiut literacki nauczyciela biologii z Lyonu to próba rozliczenia się z kolonializmem francuskim, tematem, który wciąż wywołuje wiele emocji. Książka jest podobno świetnie napisana, a ja ze swojej strony mam nadzieję, że wywoła mały skandalik jak wszystko, co zahacza o wojnę w Algierii.

* "Grenouilles" (Żaby) , Mo Yan - podobno najlepszy współczesny autor chiński opisuje chińską prowincję na przestrzeni ostatnich sześćdziesięciu lat w formie listów początkującego dramaturga do znanego pisarza. Centralną postacią powieści jest sędziwa ciotka narratora, położna, więc jednym z jej tematów staje się nieuchronnie chińska "polityka jednego dziecka."

* "Limonov", Emmanuel Carrère – biografia ukraińskiego pisarza, którego życie dostarczyłoby pewnie materiału na kilkanaście biografii : "był kloszardem, służącym miliardera na Manhattanie, modnym pisarzem w Paryżu, żołnierzem w konfliktach bałkańskich, a teraz w olbrzymim burdelu postkomunistycznej Rosji, starym charyzmatycznym przywodcą partii młodych desperados." Na moje zainteresowanie tą pozycją wpłynął również fakt, że lubię wydawnictwo P.O.L., którego nakładem ukazała się ta książka.

Podczas tegorocznej "rentrée" do księgarń trafią podobno 654 nowe tytuły - to gratka dla czytelników i wyzwanie dla księgarzy i krytyków literackich. O bojach tych pierwszych mówi ten ciekawy artykul. W jego kontekście inaczej patrzy się na znaną pozycję Pierre’a Bayarda ”Jak mówić o książkach, których się nie czytało.”*

*Nie czytałam tej ksiażki, ale chętnie coś o niej powiem.

piątek, 19 sierpnia 2011
Na plaży z Fitzgeraldami

 

Cap d'Antibes

Pociąg z Marsylii niespiesznie wtoczył się na stację w Antibes. Znacznie szybsi okazali się bagażowi, którzy w mgnieniu oka rzucili się w stronę wysiadających z niego pasażerów. Ich uwagę od razu przykuła atrakcyjna para młodych Amerykanów z kilkuletnią córeczką – jeden dolar był wart 19 franków i wszyscy, a już na pewno bagażowi, wiedzieli, że Amerykanie mają pieniądze i umieją je wydawać. On mógł być trochę przed trzydziestką, ona nieco młodsza. Ani bagażowy, któremu przypadł w udziale przywilej niesienia ich walizek, ani jego mniej szczęśliwi koledzy nie przypuszczali, że przystojny blondyn i jego piękna żona przybyli na Riwierę, spędzić tu najgorsze wakacje ich dotychczasowego życia.

***

Plaża La Garoupe

Fitzgeraldowie po raz pierwszy przybyli na Riwierę w 1924 roku. Scott miał już na swoim koncie pierwszy poważny sukces – debiutancką powieść „Po tej stronie raju” i pierwszą porażkę – nieudaną sztukę „Warzywo.” Do Europy dotarła z młodymi małżonkami zła sława związana z ich problemami z alkoholem, ktore już wtedy były legendarne – jeszcze zanim największy plotkarz epoki, Ernest Hemingway, opisał je w swoich wspomnieniach „Ruchome święto.” Żeby oprzeć się pokusie, Fitzgeraldowie przypłynęli do Europy na statku Minnewaska, na ktorego pokładzie alkohol był zabroniony.

Antibes

Fitzgeraldowie zamieszkali w nadmorskiej miejscowości St. Raphaël w departamencie Var, którą Scott opisał w liście do Thomasa Boyda jako „najpiękniejsze miejsce, jakie do tej pory widział, nie wyłączając Oxfordu, Wenecji i Princeton.” W tak doskonałych warunkach pisanie nowej powieści pod roboczym tytułem „Wielki Gatsby” nie miało zająć mu wiele czasu.

Widok na l'Esterel z Juan les Pins

Nie piękne pejzaże zdecydowały jednak o wyjeździe Scotta i Zeldy na Riwierę. Przenieśli się na Południe Francji, żeby obniżyć koszty życia i, żeby Scott mógł w spokoju dokończyc swoją powieść. W USA, gdzie życie było droższe, musiał, żeby utrzymać rodzinę, produkować masowo opowiadania do kolorowych magazynów, na czym cierpiała jego "poważna" twórczosć. Jak pisze z troską biograf FSF, życie na Riwierze okazało się jednak droższe niż przewidywali optymistycznie Fitzgeraldowie – po pierwsze, małżonkowie dużo wydawali w kawiarniach i restauracjach, a po drugie, okradała ich służba (niechęć do francuskich służących pojawia się później w wielu opowiadaniach FSF.)

Widok na osniezone Alpy z Antibes

Wakacje Fitzgeraldów zepsuły jednak ostatecznie nie wysokie ceny a romans Zeldy z francuskim lotnikiem Edouardem Jozanem. Każde z małżonków przedstawiło pózniej swoją własną wersję tego związku w powieściach „Save me the Waltz” (Zelda) i „Czuła jest noc” (Scott). Niedyskretny Hemingway napisał w swoich wspominkach, że Fitzgeraldowie opowiadali o przygodzie Zeldy z Jozanem każdemu kto chciał i każdemu kto nie chciał o niej słuchać i, że każda kolejna wersja historii była piekniejsza niż poprzednia (pod koniec życia Zelda zapewniała, że Jozan chciał popełnic samobójstwo z miłości, a jej mąż – że wyzwał Jozana na pojedynek, w którym go pokonał.) Zapytany o swoją wersję wydarzen, Jozan powiedział podobno, że jego znajomosć z Zeldą była tylko przelotnym flirtem. Od razu widać, że nie miał zadatków na powieściopisarza.

Muzeum Picassa w Antibes

W 1926 roku, po publikacji „Gatsby’ego”, który, choć nie był takim sukcesem kasowym jak debiutancka powieść i opowiadania FSF, został dobrze przyjety przez krytyke, Fitzgeraldowie wrócili na Riwierę i zamieszkali w moim miasteczku – Juan les Pins. Mieli nadzieję, że powrót na Côte d’Azur pomoże Scottowi odnalezc inspirację i, że dzieki temu napisze tam jeszcze lepszą ksiażkę. Okazało się jednak, że podczas ich nieobecności Antibes i Juan les Pins zmieniły się w popularne – przynajmniej wsród artystycznych Amerykanów (Murphy, Hemingwayowie) – kurorty i, że pomiędzy obowiazkami towarzyskimi takimi jak leżenie na plaży La Garoupe i nocne imprezy w barach, willach przyjaciół i na jachtach, czasu na pisanie było coraz mniej. Te smutne wakacje, zakłócone przez alkoholizm i niemoc tworczą Scotta, chorobę psychiczną Zeldy i pogłębiający się kryzys ich małżenstwa zostaną opisane w „Czuła jest noc.”

Gracze w pétanque w Juan les Pins

Najpiękniejszy znany mi opis Riwiery znajdziecie jednak w innym utworze FSF – młodzieńczym, prawie szczeniackim opowiadaniu „Love in the Night.” Jego młodziutki bohater, rosyjski arystokrata ze strony ojca i amerykański urwis ze strony matki (opisy różnic między Europą i Ameryką pojawiają sie w prozie FSF prawie tak często jak u Henry’go Jamesa)  pewnej ciepłej majowej nocy poznaje w porcie w Cannes miłość swojego życia. Noc na Riwierze jest łagodna i cicha, z uśpionego portu w Cannes widać zarys Cap d’Antibes, młodzi bohaterowie są naiwni i romantyczni, wszystko kończy się szczęśliwie. Ze smutkiem patrzę na pózniejsze dzieła Fitzgeralda, w ktorych pojawiają się moje strony – powieść „Czuła jest noc” lub opowiadanie „The Swimmers” – w których zamiast młodzieńczego zachwytu widac tylko znużenie i pogłębiajacą się melancholię.

Czy, kiedy jako zgorzkniały czterdziestolatek wspominał Riwierę, pamietał jeszcze, że najsmutniejsze wakacje swojego życia spędził w „najpiękniejszym miejscu, jakie dotąd widział” ?

Widok na Juan les Pins z Cap d'Antibes

***

Korzystałam z biografii FSF autorstwa Matthew J. Bruccoliego "Some sort of Epic Grandeur" w wydaniu francuskim, kupionej kiedyś od bukinisty w Paryzu i plotkarskich wspomnień Hemingwaya "Ruchome święto." Tekst jest ilustrowany moimi zdjęciami z Antibes, Cap d'Antibes i Juan les Pins z 2010 i 2011 roku "postarzonymi" w darmowym programie Photoscape.

piątek, 05 sierpnia 2011
Zaczytany Paryż

paryz widziany z centrum pompidou

Paryz widziany z Centrum Pompidou

Paryżanki poprawią mnie, jeśli się mylę, ale odnoszę wrażenie, że stolica Francji to miasto, w którym panuje pewien snobizm na czytanie. Widać to już w paryskim metrze, gdzie w tłoku, w którym normalny człowiek nie jest w stanie nawet podrapać się po nosie, paryżanin wyciąga z kieszeni książkę – francuskie wydania „kieszonkowe” faktycznie mieszczą się w kieszeniach! – i pogrąża się w lekturze. Widać to również w księgarniach.

ksiegarnia w Paryzu

Ksiegarnia Gibert Joseph (a moze Gibert Jeune?)

W moich ukochanych paryskich księgarniach Gibert Joseph i Gibert Jeune w okolicach placu St. Michel nigdy nie jest pusto. Nic dziwnego – robią wszystko, by przyciągnąć klientów. W kilku budynkach, na wielu piętrach znajdziemy wszystkie rodzaje książek, które tylko przyjdą nam do głowy – od komiksów po krytykę literacką, od tomów oprawionych w skórę i złoto po wspomniane wydania kieszonkowe, od albumów o sztuce po eseje filozoficzne. Wśród wypełnionych książkami półek ciągnących się od podłogi do sufitu można (sama na sobie tego doświadczyłam) z łatwością spędzić cały dzień.

Wydania kieszonkowe

Dużą zaletą Gibert Joseph i Gibert Jeune są wyjątkowo niskie ceny sprzedawanych tam książek. W serii kieszonkowej nową książkę można (drżyjcie polscy wydawcy) z łatwością kupić za 4-5€. Do tego, księgarnie przy placu St. Michel sprzedają również książki używane. Klasykę w wydaniu kieszonkowym (w dobrym stanie) zdarzało mi się kupować nawet za 1€! (Kto da więcej? ;) ) Również najnowsze bestsellery już w kilka dni po publikacji pojawiają się w Gibert Jeune w wersji z drugiej ręki.

ksiegarnia w Paryzu

Podreczniki do nauki francuskich jezykow regionalnych - prowansalskiego, bretonskiego i chti

Niestety, nie wszystkim niezależnym księgarniom widedzie się równie dobrze co Gibert Joseph i Gibert Jeune. Artkuł z „Le Figaro” z ostatniego poniedziałku alarmuje, że właściciele małych księgarni są wygryzani z rynku przez sprzedaż przez internet i francuskie EMPiKi (Fnac). Dlatego też księgarze postanowili działać i wypuścili kampanię informacyjną pod hasłem „Kto mi doradzi, kiedy mojego księgarza nie będzie?”.

Kampania chyba działa - sama przeszłam się wczoraj do miasta wesprzeć mojego lokalnego księgarza.

***

Na stronie Le choix des libraires znajdziecie polecanki książkowe francuskich księgarzy.

piątek, 22 lipca 2011
Pożarcie

jacek dehnel saturn

Nie czytam dużo współczesnej polskiej literatury, moja opinia nie zabrzmi więc może szczególnie mocno, ale „Saturn” Jacka Dehnela to zdecydowanie najlepsza polska powieść po jaką sięgnęłam w ciągu ostatnich kilku lat. Tak jak w przypadku „Lali” tego samego autora można było stwierdzić, że napisał ją człowiek bardzo zdolny, piekielnie inteligentny, ale bardzo młody, tak „Saturn” jest dziełem pisarza skończonego, pewnego siły swojej prozy. Czytając książkę, raz po raz zerkałam na okładkę, by upewnić się, że to nie pomyłka i, że pisząc ją Dehnel miał naprawdę tylko trzydzieści lat.

„Saturn” przedstawia nam zawiłe losy rodziny Goya w Hiszpanii XVIII i XIX wieku. Francisco to geniusz, postać, o której powiedziałoby się dzisiaj, że jest „bigger than life.” „[M]achniesz ze dwa portrety, kupisz kawał ziemi, pożresz czterodaniowy obiad, upolujesz kilka kuropatw i zająca, wyryjesz bardzo elegancki Kaprys (...) po czym jeszcze po zmroku dokończysz dużą, bohaterską alegorię, pogwizdując zarzuelę i zatykając za rondem kapelusza kolejne świece, w miarę jak się dopalają” mówi o nim jego syn.

W cieniu tego monstrualnego mężczyzny dorasta jego jedyne dziecko, Javier, nieudacznik, niedojda, nieustanne źródło rozczarowań ojca. Javier nienawidzi Francisca i boi się go; ponieważ nigdy nie będzie w stanie zadowolić jego ambicji, staje się jego antytezą. Poczet mężczyzn z rodziny Goya zamyka Mariano, ostatni z rodu, wyrachowany chłopak, który chciałby mieć wszystko, nie robiąc nic.

Powieść jest rozpisana na trzy głosy, z których każdy brzmi inaczej. Mężczyźni spierają się ze sobą, odmiennie przedstawiając te same wydarzenia. Javier wspomina wizytę swojego syna w wiejskim domu, którego ściany właśnie maluje: „Kiedy Mariano przyjechał, był chyba zachwycony tym, co zobaczył, tym, co już jest do zobaczenia. Bogactwem kolorów, pór dnia” Mariano: „Ciemne to, ponure, smaku w tym żadnego, tu skałka, tam chmurka, dziadek takie tła powierzał różnym łapserdakom.” Narratorzy narzekają na siebie, obrzucają obelgami, dyskutują i uzupełniają się. Z czasem każdy z nich wzbudzi nasze współczucie.

Bo choć opowiadana przez Dehnela historia wyrosła z życia TEGO Francisca Goi, choć w rodzinne kłótnie wkracza raz po raz autentyczna historia Hiszpanii, nie jest to – na szczęście - żadna zbeletryzowana biografia, a – jak podkreśla na okładce książki jej autor – uniwersalna opowieść o cierpieniach niejednej patriarchalnej rodziny. Powoli odkrywamy, że ofiarami patriarchatu są wszyscy bohaterowie, w tym tyran-Francisco. Czy koszmar rodziny Goya nie mógłby wydarzyć się we współczesnej Polsce?

Jeśli macie przeczytać jedną powieść współczesnego polskiego autora, sięgnijcie po „Saturna” i dajcie się pożreć jego silnej prozie.

***

Jacek Dehnel. „Saturn.” Warszawa: W.A.B. 2011.

 
1 , 2
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Kliknięcie w plakat odsyła do moich recenzji

Moje Typy 2012





Moje Typy 2011