Podróże po Lazurowym Wybrzeżu i nieco dalej, kuchnia, filmy i książki, podglądanie Francuzów.
sobota, 05 stycznia 2013
Oczy nad Warszawą

Czy ten billboard to oryginalny sposób promocji najbardziej wyczekiwanego filmu roku?

warszawa wielki gatsby

warszawa gatsby

niedziela, 11 listopada 2012
Konserwatywny Bond, czyli kobiety za biurka

bond szanghaj

Nowemu Bondowi dziękuję za piękne zdjęcia z mojego ulubionego Szanghaju, foto : allocine.fr

Nie dzieliłabym się tutaj moimi przemyśleniami na temat nowego Bonda, gdyby nie wczorajsza rozmowa z osobą, która zupełnie niezależnie ode mnie odczytała ten film tak samo jak ja. Co tu kryć - "Skyfall" wysyła kobiety, jeśli nie do garów, to przynajmniej na stanowiska sekretarek. 

Żeby potwierdzić tę tezę, przeanalizuję szybko trzy postaci kobiece zaserwowane nam przez "Skyfall". Uprzedzam, że tekst jest skierowany jedynie do osób, które widziały już film, będzie bowiem zawierał liczne spoilery.

dziewczyna bonda

Dziewczyna Bonda szykuje się na śmierć, foto: allocine.fr

Sévérine - śmierć ladacznicy

Grana przez śliczną francuską aktorkę Bérénice Marlohe, Sévérine to klasyczna dziewczyna Bonda. Dekoracyjna, uległa i całkowicie zdana na silne męskie ramię agenta 007, nie ma wiele do powiedzenia. Bond wykorzystuje ją seksualnie i, można powiedzieć, zawodowo - Sévérine doprowadzi 007 do siedziby jego przeciwnika. Pomocy brytyjskiemu agentowi piękna francuska przypłaci śmiercią, ale ani Bond, ani widz nie płaczą nad jej smutnym losem. Podczas spodkania Bonda z Sévérine dowiadujemy się, że przez lata sprzedawała swoje wdzięki w chińskich domach publicznych. Ta informacja wydaje się automatycznie usprawiedliwiać upokarzające i okrutne traktowanie Sévérine przez reżysera i wszystkich bohaterów filmu.

miss moneypenny

Miss Moneypeny - tu jeszcze w akcji, foto: allocine.fr

Miss Moneypenny - idealna sekretarka

Kiedy poznajemy Eve Moneypenny, graną przez Naomi Harris, cieszymy się widząc (wreszcie!) dziewczynę Bonda w akcji, zamiast w wieczorowej sukni z dekoltem. Szybko okazuje się jednak, że Eve nie nadaje się do męskiej roboty. Odpadnie z pościgu za czarnym charakterem, a zamiast rzezimieszka postrzeli samego Bonda. Bond kilkakrotnie powtarza jej, że nie powinna bawić się w agenta i, pod koniec filmu, udaje mu się wreszcie przekonać upartą dziewczynę. Zamiast biegać z pistoletem po Stambule i Szanghaju, Moneypenny siądzie za biurkiem, by oddać się pracy sekretarki. W międzyczasie uda jej się ogolić Bonda brzytwą - również do tego, najwyraźniej, ma dryg.

Bond, M

M, tu jeszcze u władzy, foto: allocine.fr 

M - relikt przeszłości

Przeciwwagą dla postaci Sévérine i Eve Moneypenny wydaje się być M, która - jakby nie było - od dekad trzęsie bytyjskim wywiadem. Tyle tylko, że od początku filmu zarzuca się jej, że robi to źle. To M doprowadziła do śmierci wielu agentów i wyhodowała powtora jakim jest główny czarny charaktet "Skyfall", Raoul Silva. Żeby pozbyć się kuriozum, jakim jest najwyraźniej kobieta zarządzająca brytyjskim wywiadem, Bon zabiera M do ponurej rodzinnej posiadłości w Szkocji (dowiadujemy się przy okazji, że Bond nie jest Anglikiem, tylko pół-Szkotem, pół-Francuzem), gdzie zostaje zabita przez swojego zdegenerowanego podopiecznego. Jedyna ważna postać kobieca i jedyny homoseksualista w filmie umierają w tej scenie pod krzyżem, w katolickiej kaplicy. Po powrocie do biura Bond spotyka się z nowym M, którym jest - co za ulga - mężczyzna, podobnie jak Bond zaprawiony w boju.

ben wishaw Q

Uroczy aktor Ben Whishaw w roli Q, foto: allocine.fr

Pozbywszy się w ten sposób złego elementu - prostytutki, homoseksualisty, kobiety-agenta i kobiety-szefa, Bond może zacząć pracę z uśmiechem, w komfortowych warunkach. A ja wcale nie dziwię się takiemu rozwojowi wydarzeń, ponieważ Sam Mendes już w "American Beauty" pokazał, że za kobietami i za homoseksualistami zwyczajnie nie przepada.

***

Apeluję do czytelników i komentatorów, żeby nie traktowali tego tekstu zbyt poważnie i, gdyby mieli się z nim nie zgodzić, nie hejtowali ani na post, ani na jego autorkę :)

Skyfall. Sam Mendes. Wielka Brytania 2012.

niedziela, 28 października 2012
Zapach kobiet z klasy średniej

dans la maison

Claude - Szeherezada w domu klasy średniej, foto : allocine.fr

Zanim ten blog zmieni się w dziennik telewizyjny Jean-Pierre'a Pernaut (w którym zamiast informacji prezentuje się uroki francuskiej prowincji), chciałabym zwrócić Waszą uwagę na fantastyczny film pokazywany od ponad tygodnia we francuskich kinach. Film, który na pewno pojawi się wrótce również na polskich ekranach.

dans la maison

Uczeń i nauczyciel, foto: allocine.fr

Scenarzystą i reżyserem "Dans la maison" (w domu) jest Francois Ozon, jedna z najciekawszych i najbardziej zaskakujących postaci we francuskim kinie. Śledzę poczynania Ozona od czasu "Basenu" i nie znam innego twórcy, który tak swobodnie bawiłby się gatunkami i konwencjami i tak bardzo nic sobie nie robił z oczekiwań widzów. Ozon czuje się swobodnie w każdym wcieleniu - po niepokojącym erotycznym thrillerze (wspomniany "Basen"), zamiast zostać kontynuatorem tradycji Hitchcocka, dokonał zwrotu o 180 stopni i nakręcił wstrząsający dramat małżeński ("5x2", mój ukochany film Ozona), bliższy Bergmanowi niż mistrzowi suspensu. Obok melancholijnej historii młodego geja odkrywającego, że umiera na raka ("Le temps qui reste") jest autorem dwóch komediowych musicali w stylu vintage ("8 kobiet" i "Potiche") i kampowej historii miłosnej dla dorastających dziewcząt ("Angel".) Choć znam sporo filmów reżysera, nigdy nie wiem, czym mnie zaskoczy jak i - niestety - czy tym razem jego eksperyment okaże się udany.

dans la maison

Nauczyciel i jego żona, foto: allocine.fr

W przypadku "Dans la maison" mamy do czynienia z jednym z njalepszych filmów Ozona, wracającym do tradycji "Basenu", niepokojącym, jednocześnie intelektualnym i zmysłowym. Wyjatkowo zdolny (zwłaszcza na tle swoich mało bystrych kolegów z klasy) uczeń Claude przygotowuje wyjątkowe wypracowanie. Udaje mu się w nim przeniknąć do domu jednego z kolegów z klasy, domu, w którym dominuje "zapach kobiet z klasy średniej." Pracę Claude'a czyta się jak opowieść kryminalną, która urywa się nagle i kończy słowami "ciąg dalszy nastąpi." Czytelnik wypracowania, nauczyciel Claude'a, zamiast oburzyć się na sposób, w jaki ten dworuje sobie z kolegi i jego rodziny, jest gotów na wszystko, by tylko przeczytać jego kontynuację.

 dans la maison

Czytelnik wkracza w tekst..., foto: allocine.fr

W filmie Ozona rzeczywistość i fikcja przenikają się swobodnie i widz szybko traci rozeznanie, gdzie kończy się wypracowanie Claude'a a zaczyna jego codzienność.  Również odbiorcy tekstu nieprzeciętnie uzdolnionego nastolatka, nauczyciel i jego żona, zaczynają tracić kontakt z rzeczywistością i pozwalają manipulować sobą, jeśli opowiadana przez Claude'a historia może zyskać na ich uczestnictwie. Claude sam siebie nazywa Szeherezadą, ale w rzeczywistości udaje mu się dokonać więcej niż legendarnej opowiadaczce - zamknąć czytelników w swojej narracji.

 dans la maison

... a tekst wkracza w życie czytelnika, foto: allocine.fr

"Dans la maison" to pochwała staroświeckiej sztuki opowiadania, w dość brutalny sposób przeciwstawionej sztuce współczesnej, reprezentowanej w filmie przez galerię sztuki "Labirynt minotaura", kórej właścicielką jest żona nauczyciela. Można nawet doszukać się w nim krytki współczesnej francuskiej literatury, która zamiast zainteresować czytelnika ciekawą historią, bawi się w autobiograficzne wynurzenia i filozoficzne dywagacje. Niezależnie od znaczeń, które można mu przypisać, film jest jednak przede wszystkim wciągającą opowieścią o pełnokrwistych, świetnie zagranych bohaterach, od której nie możemy się oderwać, póki nie dowiemy się "co dalej."

Dans la maison. Francois Ozon. Francja 2012.

niedziela, 03 czerwca 2012
Cannes o miłości

dangerous liaisons

Zmysłowy plakat chińskiej wersji Niebzepiecznych Związków, foto : chinesefilms.cn

Dywan dywanem, szampan szampanem, trudno jednak zapomnieć o tym, że Festiwal w Cannes to przede wszystkim jedna z rzadkich okazji, kiedy na naszą prowincję przyjeżdża "prawdziwe kino." Słynnymi schodami Pałacu Festiwalowego mogą przejść się co prawda tylko nieliczni, każdy mieszkaniec Cannes i okolic może jednak przy okazji Festiwalu zobaczyć kilka niezłych filmów.

Podobnie jak w ubiegłym roku, kupiliśmy bilety na Quinzaine des realisateurs, selekcję Festiwalu otwartą dla szerokiej publiczności. Podobnie jak w ubiegłym roku odniosłam też wrażenie, że festiwalowe filmy dobrane zostały według pewnego klucza. Ubiegłoroczne kręciły się wokół tematów ludzkiego ciała i kosmosu, tegoroczne często mówią miłości.

de rouille et d'os

Kadr z filmu De rouille et d'os, czyli Marion Cotillard na plaży w Cannes, foto : allocine.fr

Zacznijmy od nagród. Główną otrzymuje film pod tytułem Amour. Za scenariusz i kreacje aktorskie - Au-delà des collines o zakazanej miłości dwóch lesbijek (celowo pomijam tu nagrodę Grand Prix, którą Nani Moretti po kumotersku przyznał rodakowi Matteo Garrone za film Reality). Film otwarcia? Moonrise Kingdom Wesa Andersona o miłości dwojga dwunastolatków (film jest już we francuskich kinach, widziałam i gorąco polecam miłośnikom gadżetów vintage.) Jakby tego było mało, jednym z największych wydarzeń Festiwalu z punktu widzenia francuskiej publiczności była projekcja Kości i rdzy, filmu, którego reżyser otwarcie przyznaje, że nakręcił melodramat (ten film również wszedł już do kin. Wybieram się dzisiaj i zabieram ze sobą chusteczki ;))

sightseers

Plakat filmu Sightseers, foto : myscreens.fr

Podczas Qinzaine des realisateurs udało się nam zobaczyć cztery filmy, z których dwa (czyli 50 proc.) mówiły o miłości. Brytyjski Sightseers spodbał mi sie chyba najmniej. Para odrzuconych społecznie freaków wybiera się na z założenia romantyczne wakacje po Yorkshire. Niestety kochankowie szybko zaczynają spotykać na swojej drodze irytujących ludzi, któyrch zabijają w mniej lub bardziej brutalny sposób. Reżyser i aktorzy filmu, obecni podczas pokazu, zaprosili chyba do kina wszystkich swoich znajomych, bo publiczność złożona była wyłącznie z Brytyjczyków. Film jest dosyć zabawny, przynajmniej na początku, trudno mi jednak zrozumieć, z jakiego powodu został w ogóle nakręcony ani dlaczego przywieziono go do Cannes. Najwyraźniej spodobał się dystrybutorom, ponieważ we wrześniu wejdzie do francuskich kin.

cecilia cheung

Cecilia Cheung jako markiza de Merteuil, foto : China entertainment news

Inny film o miłości zobaczony podczas Quinzaine wywarł na mnie zgoła inne wrażenie. Pomyślcie zresztą sami : zdolny koreański reżyser, jedna z najpiękniejszych chińskich aktorek, jedna z najczęściej ekranizowanych francuskich powieści. To spotkanie, odbywające się w elektryzującym Szanghaju lat '20, nie mogło zakończyć się klapą. Jin-ho Hur nie tyle sfilmował Niebezpieczne związki Choderlos de Laclos co nakręcił remake Valmonta Milosa Formana, mojej ulubionej ekranizacji tej powieści. Jego film nie jest zimny i cyniczny jak najsłynniejsza chyba wersja Stephena Frearsa. Valmont i markiza de Merteuil są raczej jak zepsute dzieci, które bawią się kosztem innych i padają w końcu ofiarami własnej gry niż jak zdemoralizowane, odczłowieczone potwory z Niebezpiecznych Związków Frearsa. Madame de Tourvel (w tej roli sama Zhang Ziyi) jest na pewno najpiękniejszą i najbardziej wzruszającą jaką do tej pory widziałam. Kilka subtelnych, ładnie sfilmowanych scen erotycznych, piękne wnętrza i stroje i niestarzejąca się historia miłosna - nie muszę chyba dodawać, że oglądanie tego filmu to prawdziwa przyjemność. Grająca markizę de Merteuil Cecilia Cheung musi być w Hong Kongu nie mniejszą gwiazdą niż Zhang Zyi, bo na projekcji filmu pojawiło się wielu chińskich paparazzi, którzy uwieczniali na zdjęciach każde mrugnięcie okiem aktorki.

room 237

Plakat filmu Room 237, foto : myscreens.fr

Pozostałe dwa filmy, które udało się nam obejrzeć podczas Quinzaine trudno raczej podciągnąć pod temat miłości. Pierwszy to odjechany dokument o Lśnieniu Kubricka Room 237, którego równie odjechani reżyser i producent byli obecni na projekcji. Rodney Ascher oddał głos fanom Lśnienia, którzy przedstawiali widzom swoje teorie na temat filmu - że w rzeczywistości mówi o masakrze amerykańskich Indian lub Holocauście, że Kubrick nakręcił również lądowanie na Księżycu, że w jednym z ujęć możemy zobaczyć zakamuflowaną erekcję jednego z bohaterów lub wypisaną na niebie twarz samego Kubricka. Może jednak da się podciągnąć ten film pod temat miłości? Mówi w końcu o miłości do kina.

ceylan

Nuri Bilge Ceylan (z prawej), moje własne zdjęcie

Temat miłości do kina porusza również jeden z wczesnych filmów Nuri Bilge Ceylana, Majowe chmury, inne odkrycie Quinzaine. Nakręcony przez czterdziestoletniego wówczas reżysera, z jego własnymi rodzicami w rolach głównych, przypomina, że prawdziwe kino może obejść się bez wielkiego budżetu. Po projekcji niezwykle sympatyczny reżyser został w sali na spotkaniu z publicznością. Powiedział między innymi, że kręcenie filmów jest dla niego rodzajem terapii i, że sztuka powinna służyć jego zdaniem objaśnianiu rzeczywistości.

Na kolejne spotkanie z wielkim kinem w Cannes trzeba będzie czekać cały rok, na szczęście już niedługo w canneńskich kinach pojawią się festiwalowe filmy. Ja najbardziej czekam na Amour Hanekego i Holy Motors Leosa Caraxa, choć tłumy do sal przyciągną raczej Cosmopolis Davida Cronenberga z Robertem Pattinsonem i On the Road, ekranizacja kultowej (trudno powiedzieć dlaczego) powieści Jacka Kerouaca.

sobota, 12 maja 2012
Barbara - ładne NRD

Barbara

Barbara, foto : allocine.fr

Czyli NRD może być ładne. Przynajmniej w filmach. Ładni są przecież Barbara, była więźniarka, do dziś prześladowana przez Stasi, i Andre, donosiciel, za to "bez ambicji w tym kierunku." (Jeszcze ładniejszy jest oczywiście kochanek Barbary z Zachodu, który uwodzi ją rajstopami i paczkami zachodnich papierosów.) Ładna jest nawet Stella, nastoletnia uciekinierka z nrdowskiego kołchozu. Ładne warzywa otrzyma Barbara od żony swojego oprawcy. W ładnym NRD świeci słońce i śpiewają ptaki, morze burzy się jak na obrazach Caspara Davida Friedricha, a stojący wśród lasów drewniany krzyż przywodzi na myśl twórczość Goethego, z "Królem Olch" na czele.

Barbara

Barbara i Andre, foto : allocine.fr

"Barbara" Christiana Petzolda nie jest thrillerem jak "Życie na podsłuchu" lub absurdalną komedią jak "Goodbye Lenin". To dramat psychologiczny w starym stylu, w którym NRD jest raczej tłem niż tematem. Tytułowa bohaterka musi wybrać między wolnością - ucieczką do Danii, a odpowiedzialnością - pracą w szpitalu i rodzącym się uczuciem do Andre. Czy jej wybór nie przypomina trochę dylematów dzisiejszych imigrantów? Do ucieczki z NRD nie popychają jej jednak względy ekonomiczne lub chęć poprawienia jakości życia. Barbara jest we wschodnich Niemczech faktycznie prześladowana, Stasi dokonuje nalotów na jej dom, kiedy tylko na chwilę oddali się od miejsca pracy, dokonując przy okazji upokarzających kontroli osobistych. NRD to państwo policyjne, w którym nikomu nie można zaufać. Bo komu może wierzyć Barbara, jeśli nawet wyraźnie zakochany w niej mężczyzna sporządza raporty na jej temat? "Tu nie można być szczęśliwym" powie swojemu kochankowi Barbara, kiedy ten zaproponuje, że jeśli ona nie może uciec do Danii, to on wprowadzi się do niej.

Barbara

Król Olch na rowerze?, foto : allocine.fr

Opresyjność reżimu jest tu raczej zarysowana niż wyłożona na ławę i chyba również dlatego "Barbara" podoba mi się bardziej niż "Życie na podsłuchu." Jest w tym filmie coś jeszcze, co ja akurat znam tylko z opowieści, ale co dla osób wychowanych w PRL na pewno zabrzmi znajomo - sznyt zachodnich rajstop i papierosów, nastolatka z wypiekami na twarzy oglądająca katalog z zachodnich Niemiec, kapitalistyczno-imperialistyczny Interhotel, na który stać tylko przybyszów z Zachodu i ich kochanki.

Barbara

W szpitalnej stołówce, foto : allocine.fr

Nie powiem Wam, oczywiście, co i kogo wybierze Barbara, liczę bowiem na to, że wszyscy zobaczycie ten rewelacyjny film. Dla zachęty dodam, że ponieważ akcja toczy się w szpitalu, nawet miłośnicy seriali medycznych nie będą rozczarowani.

Barbara. Christian Petzold. Niemcy 2012.

poniedziałek, 26 marca 2012
Koniec świata w Wersalu

les adieux a la reine

Królowa i jej kochanka, foto: allocine.fr

Diane Kruger jako Maria Antonina? Nie do końca wyobrażałam sobie tę aktorkę w roli niepopularnej (delikatnie mówiąc) królowej. A jednak. Sfrancuziała Niemka (podobna w tym żonie Ludwika XVI, która była przecież Austriaczką) będzie dla mnie pewnie teraz jedyną Marią Antoniną. Kapryśna, okrutna, charyzmatyczna i dumna, ze sceny na scenę zmienia się z rozpuszczonej dziewczynki w królową pszczół, zmęczonego lwa, straszącą po Wersalu białą damę.

les adieux a la reine

Skromna dama dworu, foto: allocine.fr

W swoim filmie "Adieux a la reine" Benoît Jacquot pokazuje nam Marię Antoninę zakochaną - w słynącej z urody diuszessie Gabrielle de Polignac. Ta, oportunistka, zapomni o miłości królowej, kiedy tylko rozzuchwalony zdobyciem Bastylii lud zażąda jej głowy. Na szczęście u boku Marii Antoniny jest jeszcze jedna kobieta - zakochana w niej Sidonie (śliczna Léa Seydoux o twarzy naburmuszonego dziecka), która, żeby sprawić przyjemność monarchini, zgodzi się na wszystko.

les adieux a la reine

Druga strona Wersalu - świat służby (pełen szczurów i pcheł), foto: allocine.fr

Choć perypetie miłosne trzech pięknych kobiet (na chwilę pojawi sie również atrakcyjny pan) w fantastycznych sukniach ogląda się z niekłamaną przyjemnością, mnie najbardziej spodobał się w tym filmie obraz Wersalu na chwilę przed, jakby nie było, zagładą. Ktoś rzuca hasło, że króla obudzono w nocy, rzecz w Wersalu niebywała. Sama ta informacja może wzbudzić panikę wśród służących. Im kto wyżej postawiony w dworskiej hierarchii, tym więcej wie na temat tragicznych wydarzeń w Paryżu, w osiemnastym wieku bardzo przecież od Wersalu odległym. Sidonie - stosunkowo uboga dama dworu - biega od markiza do księżnej, od księcia do diuszessy, by zebrać informacje i przekazać je innym. Kiedy ktoś szepcze jej na ucho "Lud zdobył Bastylię", zapominamy nagle o kostiumach i złotych żyrandolach i czujemy się, jakby ten dramat wydarzył się wczoraj, w dowolnym europejskim mieście. Na naszych oczach Wersal pogrąża się w chaosie. Któryś markiz straci przytomność na widok swojego nazwiska na liście głów do ścięcia, któraś księżna odbierze sobie życie, archiwista zaśnie pijany pod sypialnią samego króla, służba ucieka, kradnie i spółkuje, przekonana, że w takich okolicznościach wszystko ujdzie jej na sucho. Jeszcze nigdy nadęty, złocony Wersal nie wydał mi się tak bliski i tak prawdziwy.

les adieux a la reine

Król i królowa, foto: allocine.fr

Producent filmu porównuje zdobycie Bastylii z atakami terrorystycznymi z 11 września i chyba ma rację. Jeśli chcecie więc zobaczyć niesztampowy, nieepatujący kiczem i dosłownością film o 9/11, zapraszam Was do kin na pożegnananie z Marią Antoniną.

Les Adieux à la reine. Benoît Jacquot. Francja 2011.

sobota, 17 marca 2012
Słowiańska dusza (cokolwiek zduszona)

elena

Elena, foto: allocine.fr

Nie trzeba dobrze znać rosyjskiego, żeby w najnowszym filmie Andrieja Zwiagincewa "Elena" wychwycić słowo "diengi", rosyjskie określenie pieniędzy. "Diengi" są w "Elenie" wszechobecne, decydują o poczynaniach wszystkich bohaterów filmu. Ci, postępują tak, a nie inaczej, bo albo pieniędzy nie mają, albo mają ich za dużo, albo chcieliby za wszelką cenę je zdobyć.

elena

U rodziny Siergieja, foto: allocine.fr

Spójrzmy na żyjącą w nędzy - w malutkim mieszkaniu przytulonym do elektrowni jądrowej - rodzinę Eleny. Jej syn Siergiej nie pracuje i spędza czas na jedzeniu czipsów, piciu piwa i oglądaniu telewizji. Żona Siergieja zajmuje się nieustannym zachodzeniem w ciążę, a ich syn, Sasza, do bezczynności ojca dodaje zupełnie zwierzęcą agresję, którą może wyniósł z gier komputerowych (sposób w jaki sfilmowana jest bójka przywodzi na myśl grę), a może wykształcił w sobie, bo bicie się z innymi to jedyna rozrywka, na którą biedni w Rosji mogą sobie pozwolić. W biednej dzielnicy, w której żyją, wszystko zdaje sie podłe i niskie. Nawet kasjerka w supermarkecie jest nieuprzejma.

elena

W domu Władimira, foto: allocine.fr

Zwiagincew równie krytycznie patrzy jednak również na Rosjan zamożnych. Mąż Eleny, Władimir dorobił się olbrzymiej fortuny (nie wiadomo dokładnie, w jaki sposób), co zapewnia mu poczucie wyższości nad Siergiejem i spółką, nieuzasadnione jednak w żaden sposób przez jego zachowanie. Niechętnie dzieli się majątkiem, ponieważ uważa, że biedni sami zasłużyli sobie na swój los. Córce Władimira dorastanie wśród zbytku najwyraźniej przewróciło w głowie, bo wydaje się pozbawiona wiary w jakiekolwiek wartości, nawet w wartość pieniądza. Do złudzenia przypomina w tym Saszę.

elena

 Niebieski i szary to chyba dwa ulubione kolory Zwiagincewa, foto: allocine.fr

Między dwoma światami, które nie mogą się spotkać, kursuje Elena, matrona o łagodnej twarzy i gołębim sercu, gotowa do niezwykłych poświęceń, kiedy w grę wchodzi dobrobyt jej dzieci. Jej podróżom towarzyszy nienachalna muzyka Philipa Glassa i zgaszony błękit kadrów, kolor, który dominował już w debiucie Zwiagincewa, "Powrocie."

Piękno muzyki i obrazów wzmacnia tylko poczucie melancholii w widzu, który zastanawia się, czy tak naprawdę wygląda dzisiejsza Rosja. Zwlaszcza, że obrazy wyłapywane z prasy i telewizji - daleko mniej urodziwe - zdają się ten obraz potwierdzać.

***

Żeby jednak nie kończyć postu taką smutną refleksją, uprzejmie donoszę, że w Antibes zakwitły już magnolie i, że wyglądają fantastycznie.

kwitnące magnolie

magnolia

"Elena", Rosja, 2011, reżyseria: Andriej Zwiagincew.

czwartek, 01 marca 2012
Bardzo zimna wojna

szpieg

Szefowie brytyjskiego wywiadu na pierwszy rzut oka nie budzą sympatii, foto: allocine.fr

Film "Szpieg" Tomasa Alfredsona powinno się wyświetlać latem. Reżyser tak daleko zabrnął w wyziębianiu wystylizowanych kadrów, że podczas projekcji filmu z kinowego ekranu wieje chłodem jak z niedomkniętej lodówki.

Zimne są szaroniebieskie wnętrza i kostiumy, lodowate - relacje między przyjaciółmi, kochankami i małżonkami. Nawet Gary Oldman wygląda na przysypanego śniegiem. Jeśli udaje się nam nie przymarznąć do kinowych foteli, to dlatego, że rozgrzewa nas kryminalna zagadka - w grupie starych znajomych, może nawet przyjaciół, musimy znaleźć podwójnego agenta.

szpieg

Ten brytyjski agent jeszcze nie wie, co przytrafi mu się podczas wakacji w Stambule, foto: allocine.fr

Znajomi, czy może nawet przyjaciele, to szefowie brytyjskiego wywiadu. Jeden z nich - grany przez Gary'ego Oldmana George Smiley - po zesłaniu na przymusową emeryturę odkrywa, że wśród byłych kolegów może kryć się podwójny agent opłacany przez Moskwę. Były przełożony Smileya wysyła go w ostatnią misję - musi odkryć i ujawnić zdrajcę. W przeciwnym razie szef radzieckich tajnych służb, wymieniany często z imienia, ale nigdy nie pokazany nam przez reżysera Karla, będzie miał nieograniczony dostęp do tajemnic wywiadu nie tylko Anglików, ale i Amerykanów.

szpieg

Jedna z najlepszych scen filmu ma miejsce w archiwach - myślę, że sporo mówi to o jego widowiskowości, foto: allocine.fr

Mamy więc w filmie poważną szpiegowską intrygę, mamy akcję, która przenosi się z Londynu do Stambułu, Moskwy i Paryża, mamy tajemniczą piękność rodem z filmów noir i nawet przekonujące wątki miłosne. Jeśli coś jednak ze "Szpiega" zapamiętam (a widzę, że po kilku tygodniach jeszcze go nie zapomniałam) to nie zwiłości scenariusza, ale wszystko poza nimi - eleganckie kadry, dekoracje (hipnotyzujące wzorzyste tapety), kostiumy i piękną muzykę Alberto Iglesiasa. Spore wrażenie wywarł na mnie również Colin Firth w nietypowej dla siebie roli rubasznego bawidamka - przejmująca jest zwłaszcza scena muzyczna z jego udziałem, której szczegółów z oczywistych względów nie mogę tu zdradzić.

taupe

Femme fatale? Polscy widzowie znają tę piękną aktorkę z "Małej Moskwy", foto: movit.net

Wielka szkoda, że ten wybitnie schładzający film ukazał się we Francji w środku zimy - gdyby wyświetlano go latem, na pewno chodziłabym na niego codziennie. W lutym odebrałam "Szpiega" jako ciekawy film, ale zupełnie nie z mojej bajki.

"Szpieg", ("Tinker, Tailor, Soldier, Spy"), UK, 2011, reżyseria: Tomas Alfredson.

***

A skoro mowa o agentach i wywiadach, nie mogę nie pokazać Wam nagrodzonego niedawno oscarem Jeana Dujardina w roli bufonowatego francuskiego szpiega w Kairze. W roli pięknej egipskiej agentki - Bérénice Bejo. Fragment (niestety po niemiecku) pochodzi z filmu "OSS 117: Kair, gniazdo szpiegów"

 

sobota, 28 stycznia 2012
Kronika filmowa dla frankofili



Maiwenn, reżyserka filmu "Polisse", fot. terrafemina.com

Kilka newsów dla osób, które tak jak ja fascynują się francuskim światkiem filmowym (przy czym zdaję sobie sprawę z tego, że mogę okazać się jedyną taką osobą...) - Cezary, prix de Lumière, podsumowanie 2011 i pierwsze informacje o tegorocznym festiwalu w Cannes.

Cezary w stylu bling-bling

Guillaume Canet i Marion Cotillard, fot. msn.com

Najważniejszej imprezie dla francuskich filmowców, rozdaniu Cezarów, prezyduje w tym roku Guillaume Canet. To dość zaskaująca decyzja, bo mąż Marion Cotillard podoba się co prawda Francuzkom (mnie niekoniecznie), ale nie może na pewno być nazwany wybitnym filmowcem. W dwóch jego filmach, które miałam okazję objerzeć - obyczajowy "Petits mouchoirs" i kryminalny "Ne le dit à personne" - trudno doszukać się reżyserskiego talentu. Pozostaje więc podejrzewać, że organizator Cezarów, Canal+, zaprosił Canet do prezydowania gali, żeby móc przyciągnąć telewidzów przed ekrany obecnością jeszcze jednej gwiazdy i atmosferą glamour, która toważyszy nieodmiennie parze Canet/Cotillard.

Tymczasem warto zainteresować się tegorocznymi Cezarami przede wszystkim ze względu na nominowane w tym roku do tej nagrody doskonałe filmy: "Polisse" (13 nominacji), "The Artist", "La guerre est déclarée", "Le Havre" i "Angèle et Tony" (ten ostatni nominowany w kategorii najlepszy pierwszy film.) Pełną listę nominowanych znajdziecie tutaj, a ja już zaczynam kibicować "Polisse."

Klęska urodzaju na Prix Lumières



Omar Sy i Maiwenn, fot. free.fr

Dobrą wskazówką, kto w danym roku otrzyma Cezara są wręczane w styczniu Prix Lumières. Niestety, ciekawych filmów nominowano do nich w tym roku tak dużo, że trudno mówić o jednoznacznym zwycięzcy. Za najlepszy film uznano "The Artist", najlepszego reżysera Maïwenn (Polisse), najlepszego aktora - Omara Sy (Intouchables), najlepszą aktorkę - Bérénice Béjo (The Artist). Pełną listę nagrodzonych znajdziecie tutaj. W ubiegłym roku Prix Lumières obsypano Romana Polańskiego za "Autora widmo". Nowy film reżysera, "Rzeź" zbiera jednak we Francji kiepskie recenzje i próżno szukać go wśród nagród i nominacji.

Raczej kino niż czerwony dywan

Nani Moretti, fot. Courrier International

Fantastycznie zapowiada się tegoroczny Festiwal w Cannes, któremu prezydować będzie w tym roku jednen z moich ukochanych reżyserów Nani Moretti. Warto przypomnieć, że choć ubiegłoroczny festiwal był bardzo udany (swoją premierę miały na nim takie filmy jak "Melancholia", "Skóra w której żyję", "The Artist", "Polisse", "Człowiek z Hawru", "Musimy porozmawiać o Kevinie", "Code Blue", "Chłopiec na rowerze" i "Drive") do jury zaproszono popularnych aktorów zamiast prawdziwych  koneserów kina i skończyło się to werdyktem wygwizdanym przez krytków (zwyciężyło ciężkawe "Drzewo życia.") Tegoroczny prezydent festiwalu przyciagnie może mniej dziennikarzy niż Robert De Niro i będzie prezentował się na czerwonym dywanie mniej uwodzicielsko niż Uma Thurman, nie powinien za to również wprawić nas w zakłopotanie swoim wyborem.

Rekordowy rok

Omar Sy w "Les Intouchables", fot. biladi.fr

Ubiegły rok okazał się udany nie tylko dla mnie i dla blogu, ale też dla francuskiego filmu. 211 milionów biletów sprzedały w ubiegłym roku francuskie kina, co oznacza najlepszy wynik od 45 lat. Filmy francuskie nadal cieszą się co prawda mniejszą popularnością wśród Francuzów niż filmy amerykańskie, różnica ta jednak powoli się zaciera.

Największymi francuskimi sukcesami kasowymi we Francji w 2011 roku bvły:

  • "Les Intouchables" - 16 mln widzów
  • "Rien a déclarer" (komedia o Belgach i Francuzach z Północy) - 8 mln widzów
  • "Polisse" - 2,3 mln widzów
  • "Hollywoo" (komedia z gatunku "hermetyczny humor francuski kompletnie niezrozumiały dla cudzoziemca") - 2,3 mln widzów
  • "Kobiety z szóstego piętra" - 2,2 mln widzów

Więcej ciekawych statystyk - tutaj.

Sama zobaczyłam w ubiegłym roku sporo francuskich filmów i moim prywatnym numerem 1 jest na pewno "Polisse" (numer 2 to "La guerre est déclarée, a numer 3 - "The Artist"). A Wy, widzieliście w ubiegłym roku jakieś francuskie filmy? A jeśli nie, to czy są jakieś, które chcielibyście obejrzeć w tym roku?

środa, 18 stycznia 2012
Bezwstydnie

Nie wiem dokładnie, za czyją sprawą nabrałam przekonania, że "Wstyd" Steve'a McQueena to "film o perwersie." Dość, że wybierałam się do kina z takim właśnie nastawieniem.

Nic bardziej mylnego. Główny bohater "Wstydu", Brandon (w tej roli posępny Michael Fassbender), to zupełnie normalny facet. Dużo pracuje, ostro imprezuje - nic dziwnego, że nie ma czasu na stałą dziewczynę. Tę zastępują mu prostytutki, pornografia i rodzaj internetowych sekstelefonów prowadzonych przez kamerę. Życie seksualne (a chyba i uczuciowe) Brandona jest do tego stopnia zdominowane przez relację płacę - wymagam, że kiedy zainteresuje się nim śliczna koleżanka z pracy, nie będzie umiał utrzymać z nią relacji na żadnym poziomie, a poznaną w barze nastolatkę potraktuje jak prostytutkę.

Brandon to normalny facet, nie zmienia to jednak faktu, że ludzie z jego najbliższego otoczenia uważają go za perwersa. Krytyki nie szczędzą mu jego szef - mąż i ojciec rodziny, krążący nocą po barach, szukając łatwego seksu i siostra - chronicznie kochliwa i lgnąca do ludzi. Jeśli Brandon jest dziwolągiem ("You weirdo!" krzyczy do niego jego siostra"), to dlaczego nie oni? Jak wielu ludzi żyje dziś tak jak on, ponieważ brakuje im czasu i cierpliwości na budowanie związków?

"Wstyd" to mocny film, który zostaje w głowie na długo po projekcji. Doskonały scenariusz, poruszający dość poważny problem, jakim jest agresja pornografii na życie codzienne, eleganckie zdjęcia (w tym jedna przepięknie sfilmowana scena erotyczna), doskonała muzyka (Brandon jest konserem nie tylko prostytutek ale i muzyki klasycznej), elektryzujący aktorzy i widowiskowy montaż sprawiają, że trudno się nim nie zachwycić.

A już scena,  wktórej zapłakana Carey Mulligan śpewa "If I can make it there, I'll make it anywhere... New York, New York" po prostu musi przejść do historii kina.

 


"Wstyd", ("Shame"), USA, 2011, rezyseria: Steve McQueen II.

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Kliknięcie w plakat odsyła do moich recenzji

Moje Typy 2012





Moje Typy 2011