Podróże po Lazurowym Wybrzeżu i nieco dalej, kuchnia, filmy i książki, podglądanie Francuzów.
niedziela, 28 kwietnia 2013
Czekajac na Gatsbiego

beaumes de venise

Osoby niepokojace sie o stan mojego komputera chcialabym zapewnic, ze dziala sprawnie i, ze tym razem to ja szwankuje, poniewaz nie moge znalezc czasu na pisanie. Jak by tego bylo malo, przechodzimy na Wybrzezu najgorszy kryzys meteorologiczny od lat czterdziestych ubieglego wieku, co znaczy, ze tak deszczowej wiosny nie pamietaja nawet najstarsi seniorzy szukajacy pogodnej jesieni zycia miedzy Cannes a Nicea.

 W zanadrzu mam notki o malowniczych wioskach w gorach Luberon, o rzymskiej Prowansji i prowansalskim Kolorado - zdjecia juz powstaly, ktos jednak musi jeszcze to wszystko napisac... W miedzyczasie kilka lokalnych nowinek i ciekawostek.

* Nie musze juz scigac "Gatsbiego" - to Gatsby przyjezdza do mnie! Jak donosi Lirael, pokaz filmu otworzy tegoroczny Festiwal w Cannes! Na pewno bede tego dnia wystawac pod slynnymi canneskimi schodami, by poczuc sie czescia tego wydarzenia

* Ktos zyczliwy chyba zauwazyl, ze jestem przemeczona, poniewaz pod moim biurem powstal bar na drzemke. W godzinach pracy bede wiec mogla wymknac sie do baru i przespac w wygladajacym na wygodny fotelu. Choc moje kolezanki z bura krzywia sie na ten pomysl ("Kto by tam placil za spanie"), moim zdaniem moze sie przyjac. W pierwszej kolejnosci planujemy jednak wypad do znajdujacego sie w tym samy miejscu baru na paznokcie, gdzie mozna zrobic sobie szybki manicure. Ciekawe, czy takie "bary" pojawily sie juz w Polsce?

* Spacerujac wczoraj po Antibes, odkrylismy istnienie wolnej gminy hodowcy szafranu, w sklad ktorej wchodzi kilka ulic Starowki Antibes. Wolna gmina ma swoj hymn, herb i prezydenta i organizuje w ciagu roku wiele spekatkularnych wydarzen, jak na przyklad turniej kwadratowych buli (boules carrées.) Dotarlismy do wolnej gminy, idac do kina na surrealistyczny film Michela Gondriego "L'Ecume des jours." Jej odkrycie poglebilo tylko surrealizm wczorajszego wieczoru.

Mam nadzieje, ze wkrotce bede mogla wrocic do czestszego blogowania. Tymczasem pozostawiam Was ze zdjeciem jednej z obiecanych prowansalskich wiosek - Beaumes de Venise (robia tam cudowne, naturalnie slodkie wino.)

niedziela, 01 stycznia 2012
Dobry rok

oran ge

Kwiecień - kwiaty pomarańczy

Podobno polska kultura nie toleruje przechwalania się, ale trudno mi nie powiedzieć, że mam za sobą udany rok. Zmieniłam mieszkanie i pracę, odbyłam dwie niezwykłe podróże - do Peru i do Chin, coraz bardziej oswajam Lazurowe Wybrzeże i czuję się tu bardziej "u siebie" niż niektórzy rdzenni Francuzi - przybysze z innych regionów kraju.

rose

Maj - róże

Zobaczyłam kilka świetnych filmów - poza tymi w szpalcie "Moje Typy" polecam również "Poetry" Lee Chang-Donga i "Pewnego razu w Anatolii" Nuri Bilge Ceylana. Przeczytałam też kilka fantastycznych książek - "Lektora" Bernarda Schlinka (na podstawie którego powstał też całkiem przyjemny film), "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Maria Vargasa Llosy, "Saturna" Jacka Dehnela, "Jaszczura" Honoriusza Balzaka i "Nie opuszczaj mnie" Kazuo Ishiguro.

laurier

Oleandry - lipiec

2011 okazał się również udanym rokiem dla blogu. Miałam sporo czasu na blogowanie - obawiam się, że więcej niż będę go mieć w 2012 - i blog odwdzięczył mi się, nabierając rumieńców i zyskując nowych czytelników i komentatorów.

 męczennica

Męczennica - wrzesień

Dziękuję Wam bardzo za Wasze odwiedziny i komentarze. Mam nadzieję, że Wy również mieliście udany 2011 roki, że 2012 okaże się dla Was jeszcze lepszy.

plumbago

Plumbago - listopad

Bonne année!

P.S. Na zdjęciach kwiaty z czterech pór roku na Lazurowym Wybrzeżu

22:57, katasia_k , prywata
Link Komentarze (20) »
sobota, 19 listopada 2011
Lazurowy rynek pracy – ku przestrodze

...czyli krótka przerwa w szanghajskim cyklu.

***

Dzisiejszy post będzie trochę inny niż zazwyczaj. Wynika to z faktu, że po dwóch latach na Lazurowym udało mi się wreszcie znaleźć normalną pracę (hurra!). Kiedyś opowiem Wam może o mojej poprzedniej, nienormalnej pracy, dziś chciałabym jednak podzielić się z Wami wrażeniami z kilku zdecydowanie nienormalnych rozmów o pracę, które stały się moim udziałem na Riwierze.

1. Przychodzę do olbrzymiego, luksusowego biura. Pod biurem – dziesięć miejsc parkingowych tylko dla pracowników firmy. W biurze – skórzane fotele, obrazy, dorodne fikusy i palmy, rzutniki, ekrany, dwie duże sale spotkań. Korytarze jakoś dziwnie puste. Zaczynamy rozmowę. „Ilu właściwie macie pracowników?” pytam. Odpytujące mnie dziewczyny patrzą po sobie zmieszane – „Właściwie to jest nas troje. Ty byłabyś czwarta.”rozmowa o prace

2. Od pierwszej chwili widzę, że to nie to. Mała agencja nieruchomości, w niej dwóch sympatycznych panów. Ostatnie miejsce, w którym można zrobić tak zwaną karierę. Rozmawiamy jednak. Zaczynam się przekonywać. „Nie przeszkadzałoby pani pozamiatać czasem podłogę?” pyta w końcu sympatyczny pan. Yyy, jednak tak. „Nie ma pan sprzątaczki?” Pan uśmiecha się zaskoczony. „Ale nie chodzi o zamiatanie mieszkań, które wynajmujemy, tylko tego biura!”rozmowa o prace

3. Biuro okazuje się być prywatnym mieszkaniem. Na dzwonku zamiast nazwiska firmy widnieje nazwisko właściciela, a ten jest do tego stopnia „u siebie”, że przyjmuje mnie w kapciach. Od razu mam ochotę uciekać, ale daję panu w kapciach szansę. Opowiada mi o potencjalnym stanowisku, które koniec końców wydaje się bardzo ciekawe. Na koniec udaje mu się jednak zepsuć dobre wrażenie: „Jeśli pani chce, zatrudnię panią na czarno.” Nie, nie, nie!

rozmowa o prace

Celowo podkreślam, że mówię o lazurowym, a nie o francuskim rynku pracy. Znani mi Francuzi z Północy zapewniają, że wszystkie te dziwowiska to specyfika Południa. Nie jest też tak, że na Południu nie da się pracować w ciekawym miejscu – Sophia Antipolis to pewnie najlepsze miejsce do pracy w całej Francji (paryskie pensje bez paryskich cen + parko-las). Skąd więc wszystkie te dziwne rozmowy? Cóż, mam prywatną teorię, że po prostu przyciągam nietypowe sytuacje ;-)

poniedziałek, 18 lipca 2011
Easy?

ryanair

Foto: reputation-guardian.com

Osoby, które nie lubią narzekania, nie powinny czytać poniższego tekstu, jest to bowiem post narzekający. Narzekam w nim – jak wskazuje na to sam jego tytuł – na linie lotnicze, które kiedyś nazywało się tanimi, a na które mówi się chyba teraz „low-costy,” co jest może nieładnym zapożyczeniem, ale lepiej oddaje ich prawdziwą naturę, bo tanie wcale przecież nie są.

Krótki rys historyczny – tanie linie otworzyły dla mnie w czasach studenckich Europę i nigdy nie zapomnę dostarczonych przez nie uniesień i wzruszeń. Mój pierwszy w życiu lot – easyjetem – na trasie Liverpool – Paryż. Połączenie Frankfurt – Londyn za 16€ (z Ryanair. Zapłaciłam wtedy dwa razy więcej za nadbagaż.) Wszystkie te loty do Mediolanu, do Rzymu, do Genewy i Paryż, Paryż, Paryż. Pamiętam też te gorsze momenty - zamiast w Warszawie ląduję w Krakowie i godzinami czekam na podstawienie autobusu. Mój ukochany spędza noc na lotnisku w Warszawie, bo jego lot został odwołany i wraca do Paryża przez... Londyn. Te przygody raczej nas wtedy bawiły niż wytrącały z równowagi.

Teraz jednak albo ja się zestarzałam i zrobiłam bardziej wygodnicka, albo niskokosztowi przewoźnicy stali się bardziej pazerni, dość, że zupełnie nie jest mi już z nimi po drodze. Ponowna przesiadka (po Air France, KLM i Lufthansie) do samolotu linii easyjet była bolesna jak zderzenie z Airbusem 380.

Kupiliśmy bilet na trasie Nicea – Paryż z easyjetem, bo jego cena wydała się nam wyjątkowo korzystna. Wydała, bo jeśli dodać do niej cenę modyfikacji biletu (132€ za nas dwoje), opłatę za bagaż (nie za nadbagaż, za bagaż – 30€) i przekąskę w samolocie (minimum 7€), okaże się, że była porównywalna z ceną biletu z Air France na tej samej trasie. W drodze powrotnej, żeby zaoszczędzić na opłacie za bagaż, postanowiłam przemycić moją walizkę jako bagaż podręczny. Aby było to możliwe, musiałam włożyć do niej moją torebkę (wszystkie panie, które tak jak ja lubią duże torebki i małe walizki, zrozumieją, że nie było to proste.) Na szczęście, miałam na to sporo czasu – odlot opóźnił się o mniej więcej godzinę.

I pewnie przyleciałabym do domu rozgoryczona i zła, gdyby nie kończący lot widok z okna samolotu na rozświetlone wybrzeże, który niezawodnie łagodzi obyczaje. Dla takich widoków, dla takich przylotów warto jest wsiąść w samolot. Nawet niskokosztowy.

A Wy? Macie jakieś doświadczenia z "tanimi" liniami? Chcecie ponarzekać? Zapraszam!

poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Na swoim – mała Italia

Powiedzieć, że Nicea leży niedaleko granicy z Włochami, to nic nie powiedzieć. Nicea (Nizza) jest pewnie bardziej włoska niż niejedno włoskie miasto!

Piąta metropolia Francji znajduje się w jej granicach od raptem 150 lat – niby z wyboru, ale był to raczej wybór rozumu niż serca. Rozum podpowiadał przyłączenie się do zamożniejszej Francji, ale serce miasta i całego naszego departamentu jest niekwestionowanie włoskie. Widać to w nazwiskach jego mieszkańców (mer Nicei nazywa się Estrosi, sekretarz generalny naszego departamentu – Ciotti), widać też po ich stylu życia. Miejscowi są raczej wyluzowani i pogodni – cechy, których na ogół nie przypisuje się Francuzom – i zarazem niewolni od typowo włoskich przypadłości – o regionie mówi się, że jest bardzo skorumpowany, a jeśli budowa jakiegoś projektu z dziwnych przyczyn nie może dobiec końca, szepcze się o mafii.

Włoskim wpływom zawdzięczamy doskonałą miejscową kuchnię, na czele z nicejską pizzą pissaladière z oliwkami, anchois i karmelizowaną cebulą. Włochom zawdzięczam pewnie również fakt, że nasze mieszkanie zostało urzadzone w stylu godnym Tony’ego Soprano ze złotymi kurkami w wannie i greckimi kolumnami w salonie.

Żadnego stuprocentowego Francuza nie podejrzewam w każdym razie o tak zły gust ;)

appartement Juan les Pins

Tagi: Nicea wlochy
13:07, katasia_k , prywata
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 października 2009
Nagły atak ciasteczek

Ponieważ mieszkamy w miejscu mocno turystycznym, prawie na każdej ulicy w naszej miejscowości znajdują się piekarnie (boulangerie) i ciasteczkarnie (patisserie). Ich wszechobecność jest dla nas zazwyczaj powodem do radości - jak wspaniale jest spacerować zalaną słońcem ulicą i podziwiać spiętrzone za witrynami tarty, tartletki, brioszki, croissanty, mille feuilles, tropeziennes (jedno z ciast regionu przekładane białym kremem) i makaroniki. Człowiekowi rośnie serce, kiedy widzi wokół siebie te małe arcydzieła sztuki cukierniczej, które dowodzą, że Francja pozostaje - przynajmniej w sferze gastronomii - krajem rzemieślników-artystów.

Gorzej, kiedy człowiek jest na diecie. Człowiek na diecie przemyka chyłkiem zalanymi słońcem ulicami i odbiera obecność ciasteczkarni jako osobistą obrazę. W tych trudnych dniach przyjmujemy dwie różne strategie:

1. ignorujemy ciasteczkarnia i unikamy ich widoku

2. zatrzymujemy się przed witrynami, kontemplujemy urodę i wdzięk ciasteczek, zastanawiamy się, na co mamy największą ochotę i... idziemy dalej.

Przed nami jeszcze 55 dni diety. A potem... drżyjcie ciasteczka!

patisserie

patisserie

patisserie

patisserie

15:42, katasia_k , prywata
Link Komentarze (6) »
środa, 07 października 2009
Lazurowe zaskoczenia

PACA (Prowansja - Alpy - Lazurowe Wybrzeże) to nie tylko najpiękniejszy region na świecie z intrygująco wyrzeźbioną linią brzegową, ciepłym morzem, bujną roślinnością i górami w jednym. To także miejsce, które nieustannie zaskakuje, które zaludniają przedziwni ludzie o nieograniczonej kreatywności. Wystarczy choćby chwilę przejść się po Nicei, żeby zobaczyć to na własne oczy.

***

PACA (Provence - Alpes - Cote d'Azur) it's not only the most beautiful regions on Earth,  containing simoultaneously an elaborate coastline, a warm sea, bountiful vegetation and a mountain range. It is also a place which never ceases to surprise you, which is inhabited by incredible people of limitless creativity (the world's highest rate of artists in the population certainly). It's enough to take a walk down the crowded streets of Nice to see it all by oneself.

nice

W Nicei nie ma metra jest za to superekologiczny tramwaj.

nice

Czternastoletni szczyt lansu - futro, branzoleta i kask. Warto dodać, że chłopiec przyjechał do miasta pociągiem i nie miał ze sobą motoru.

nice nikaia

Hala koncertowa Nikaia u podnóż Alp - czy można wyobrazić sobie koncert w piękniejszej oprawie?

16:06, katasia_k , prywata
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 października 2009
Francuskie samochody są na zawsze

Don't buy any cars that start with an "F" - fords, fiats and the f*** French.

Chyba wszyscy znacie ten dowcip?

Ale, ale, całkiem niedawno mogliśmy się przekonać, że francuskie samochody są na lata.

Przecież te staruszki, wystawione pewnego słonecznego dnia na rynku w Antibes, dalej wyglądają bardzo apetycznie.

antibes

antibes oldies

antibes oldies

antibes oldies

08:59, katasia_k , prywata
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 września 2009
Codzienna wojna z piekarzem

Wokół naszego miejsca zamieszkania znajduje się co najmniej pięć piekarni oferujących świeże, chrupiące bułeczki, croissanty, bagietki itd. Nie oznacza to jednak, że poranny zakup pieczywa to dla nas przeysłowiowa bułka z masłem.

Przede wszystkim musimy spośród nadpodaży piekarni wytropić tę DOBRĄ. Posługujemy się przy tym metodą prób i błędów i precyzyjnymi wyliczeniami długości kolejki przed piekarnią. Dobra piekarnia to taka, w której faktycznie sprzedaje się świeże pieczywo własnego wyrobu, a nie, brutalnie mówiąc, przemysłowy półprodukt odgrzewany w piekarniku.

Kiedy już znajdziemy dobrą piekarnię, nie możemy jeszcze spocząć na laurach. Wręcz przeciwnie – nasza walka dopiero się zaczęła. Podczas gdy w normalnej piekarni kolejka tworzy się co rano i ustaje około godziny 10, w DOBREJ piekarni, kolejka nigdy się nie zaczyna i nigdy nie kończy. TTłuma spragnionych świeżych bułeczek klientów nigdy nie opuszcza posterunku, Nie znaczy to jednak, że piekarz uwija się jak w ukropie, by jak najszybciej obsłużyć wszystkich amatorów dobrego pieczywa. O nie! Tu się zatrzyma, tam zamyśli, tam zagada. Piekarz w dobrej piekarni zna swoją przewagę nad klientem i potrafi ją wykorzystać. Dlatego nie dziwimy się, jeśli zamiast trzech bułeczek dostajemy cztery, a zamiast croissantów, bułeczki z czekoladą. Nie dziwimy się, kiedy sprzedawczyni wygania nas z piekarni, bo zaraz zacznie się jej przerwa. Wzdychamy fatalistycznie i następnego dnia pojawiamy się znowu w tej samej piekarni, w tej samej kolejce.

Poniżej kilka zdjęć piekarni z naszej dzielnicy. Nie zamieszczę oczywiście zdjęcia tej DOBREJ. Przecież nie chcę, żeby panował w niej jeszcze większy tłok.

boulangerie, juan-les-pins

boulangerie, juan-les-pins

boulangerie, juan-les-pins

boulangerie, juan-les-pins

boulangerie, juan-les-pins

14:50, katasia_k , prywata
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 czerwca 2008
Tschüss!!!

Do soboty pozostaję w Dortmundzie, gdzie przez pół roku studiowałam w ramach Erazmusa. Miasto nie jest może stricte turytyczne, co nie znaczy, że nie można zobaczyć w nim nic ciekawego. Poza tym warto pamiętać, że w Zagłębiu Ruhry pojęcie miasta właściwie nie istnieje - dzięki świetnie rozwiniętej kolei położone obok siebie metropolie tworzą właściwie jeden organizm. Na pewno przywiozę więc ze sobą niejedno ciekawe zdjęcie.

A w Dortmundzie najbardziej spodobała mi sie podniebna kolejka kursująca na uniwersytecie.

h bahn

21:30, katasia_k , prywata
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Kliknięcie w plakat odsyła do moich recenzji

Moje Typy 2012





Moje Typy 2011