Podróże po Lazurowym Wybrzeżu i nieco dalej, kuchnia, filmy i książki, podglądanie Francuzów.
Blog > Komentarze do wpisu
Zrozumieć Francję w 600 stron

Alexis Jenni po otrzymaniu prix de Goncourt, Foto: http://www.ledevoir.com/culture/livres/335100/litterature-alexis-jenni-remporte-le-goncourt

Jak często, czytając książkę, łapiecie się na odczuciu, że trzymacie w rękach arcydzieło? Ja rzadko. "Jądro ciemności", "Pieśń Salomona", "W cieniu zakwitających dziewcząt", "Złota czara" - nie uzbierałoby się tego nawet na palce jednej ręki. 

Podczas lektury "L'Art francais de la guerre" debiutanta z Lyonu Alexisa Jenniego pompatyczne słowo "arcydzieło" przychodziło mi na myśl wielokrotnie, mimo sztucznych czasem dialogów, uporczywych nawiązań do "Odysei" i mało przekonującej miejscami historii miłosnej. To wielka powieść, która jak żadna inna znana mi książka wyjaśnia, czym jest dzisiejsza Francja (a może i cała zachodnia Europa) i, skąd biorą się jej problemy. Mogłaby być pendantem do doskonałego filmu "Ukryte" Michaela Hanekego poruszającego tę samą tematykę.

Francja to powolne umieranie w niedzielę - pisze Jenni. Francja, to blokowisko postawione na cmentarzu. Francja to kolejka do dyżurnej apteki, nocą, kiedy za drzwiami hałasują bandy groźnych wyrostków. Francja to supermarket, w którym zwierzęta i warzywa sprzedaje się w eleganckich plastikowych opakowaniach. Pisarz jest też malarzem, operuje obrazami. Możemy się z nimi nie zgodzić, ale kiedy raz uda się je nam zobaczyć, już się od nich nie uwolnimy.

"L'art francais de la guerre" to powieść w powieści, której akcja toczy się współcześnie i w przeszłości. W części współczesnej bezrobotny lyończyk o lewicowych poglądach uczy się malarstwa od weterana wszystkich ostatnich francuskich wojen - światowej, indochińskiej i w Algierii - i snuje (slamuje, majaczy) refleksje o dzisiejszej Francji ("Je suis un narrateur et je narre" powtarza.) Część historyczna to wspomnienia weterana, opowiadane w trzeciej osobie. Przeszłe wydarzenia pozwalają nam zrozumieć, dlaczego Francja stała się tym niepokojącym miejscem, o którym słyszymy w części powieści, której akcja toczy się współcześnie.

Zestawianie debiutu nieznanego nikomu Alexisa Jenniego z "Jądrem ciemności" może wydać się Wam nieco przesadzone, jest jednak uzasadnione. Jenni tak jak Conrad rozprawia się z kolonializmem; zamiast jednak mówić, że w koloniach dopuszczano się okrutnych czynów - co po "Jądrze ciemności" wszyscy już wiemy - próbuje zrozumieć, co kolonializm zrobił z kolonizatorem. Weteran, Victorien Salagnon, który osobiście walczył we wszystkich punktach zapalnych francuskiego imperium, próbuje zapomnieć o tym, co robił i, co tam zobaczył. Żona Salagnona, Żydówka z Algieru, nie może wybaczyć francuskiej armii za zniszczenia jakich ta dopuściła się w jej rodzinnym mieście. Innego weterana, Marianiego wojny zmieniły w ultra prawicowca-narodowca, twórcę organizacji GAFFE (skrót od Stowarzyszenie Francuzów Dumnych z Tego, że Są Czystej Krwi), w której można (choć nie trzeba) doszukiwać się parodii Fonotu Narodowego. Zbrodnie z Algierii i Indochin ciążą również na pokoleniu zbyt młodym na to, by pamiętać kolonialną Francję, którego przedstawicielem jest pierwszoosobowy narrator powieści. 

Uprzedzam, że osoby uczulone na patos i politykę w literaturze mogą mieć problem z czytaniem powieści Jenniego. Ja kupuję ją właściwie bez zastrzeżeń. Bardzo gorąco polecam.

Alexis Jenni. „L'Art français de la guerre.” Gallimard. 2011.

sobota, 11 lutego 2012, katasia_k
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/02/11 08:50:39
Bardzo interesujaco napisane, jak wszystkie Twoje recenzje. Widzę że mamy jeden typ wspólny " W cieniu zakwitających dziewcząt" ja bym tu dodała jeszcze "W stronę Swanna" Poza tymi książki bez których nie byłabym tym, kim jestem, to "Mistrz i Małgorzata", "Czarodziejska góra" i "Królestwo z tego świata". To tak, jak z żelazną koroną Longobardów (wiesz o co chodzi, jeśli czytałaś moje wpisy o Monzie). Nawet jeśli o nich nie myślę, świadomość ich istnienia nigdy mnie nie opuszcza. Pozdrawiam gorąco z zamrożonych Mazur! Czy mimoza już kwitnie? Pewninie tak ( pomyśleć, że już rok minął od moich wypraw do Ligurii)...
-
2012/02/11 12:38:01
Dziękuję i cieszę się, że mamy wspólne typy :) Ja od "W stronę Swanna" wolę chyba ostatnie części cyklu "W poszukiwaniu straconego czasu" nawet jeśli/może właśnie dlatego że widać, że nie dostały przez Prousta przeredagowane i jest w nich jakieś rozedrganie i nerwowość. Podpisuję się pod "Mistrzem i Małgorzatą", "Czarodziejska góra" dopiero przede mną.
A mimozy - jak nabardziej. Odnoszę wrażenie, że zakwitły w tym roku nawet wcześniej niż zwykle :)
-
2012/02/11 13:56:33
To fakt, że zwłaszcza dwie ostatnie części sprawiaja wrażenie pisanych w pośpiechu pod presją choroby i bez charakterystycznej dla pierwszych tomów dogłębnej analizy (co mnie z kolei najbardziej urzeka, niczym patrzenie przez odwrócona lornetkę). Jeśli do tej pory nie wpadła Ci w ręce książka Marty, księżnej Bibesco pt. "Na balu z Proustem" to goraco ją polecam bo jest wspaniałym przyczynkiem do poznania życia i osobowości pisarza. Księżna pisała po francusku, więc zapewne z jej dostępnością we Francji nie ma problemu ( ja ją czytałam w polskim tłumaczeniu).
-
2012/02/12 11:41:19
Sukienko, dziękuję za polecankę. Na pewno rozejrzę się za tą książką.
-
2012/02/12 22:08:16
Coś jest w tych monumentalnych powieściach, które chcą ogarnąć (i wytłumaczyć) cały świat. Sześćset stron, epicki rozmach, rozległa perspektywa czasowa i wszystkie ważne pytania. Mnie trochę dystansuje wzmianka o patosie. Ale i tak jestem poza kręgiem potencjalnych czytelników (tak długo, dopóki ktoś nie przetłumaczy i nie wyda w języku, który rozumiem).
Może siła tkwi w samym pisarzu i w tym konkretnym dziele. A może - choć po części - w naszym zapotrzebowaniu na takie opus magnum. Bo dzięki "epickiej rozlewności" takich dzieł, mamy szansę więcej ogarnąć z tego, co nas otacza. Szerzej i głębiej.

Ja miałam podobne wrażenia przy lekturze "Wolności" Franzena. Tyle, że to nie o mojej najbliższej rzeczywistości.

Pozdrawiam! "Artystę" namierzam!
-
2012/02/13 22:30:52
Pozostaje liczyć na to, że powieść zachwyci jakiegoś polskiego wydawcę lub tłumacza w miarę szybko. Katasiu, na Twojej liście arcydzieł zdecydowanie brakuje Mistrza i Małgorzaty, Widnokręgu Myśliwskiego i Kroniki ptaka nakręcacza Murakamiego :)
-
2012/02/14 00:20:26
Tamaryszku, mnie taka objaśniająca Francję powieść była potrzebna. Sądząc po nagrodach otrzymanych przez autora od czasu jej publikacji, Francuzom też ;-)

Bee, podpisuję się pod Mistrzem i Małgorzatą oraz pod Widnokręgiem. Murakamiego jakoś nie widzę na swojej liście arcydzieł (może to dlatego, że trochę go wszędzie za dużo ;-) ), choć czytam zawsze z przyjemnością.
-
2012/02/14 19:48:52
Lubię dojrzałe debiuty, zwykle są to ciekawe i wartościowe książki. Pan na zdjęciu nie wygląda na młodzika. Osoby w tym wieku mają chyba bardziej krytyczny stosunek do własnej twórczości i skoro decydują się wydać książkę, zwykle okazuje się, że mają coś ciekawego do powiedzenia. Z Twojej recenzji wynika, że tak jest w tym przypadku. Oby powieść została szybko przetłumaczona na język polski.
-
2012/02/15 22:39:15
Lirael, to ciekawe, co mówisz o późnych debiutach. Ja zawsze wolałam chyba młodych debiutantów (na przykład FSF), ale w przypadku Jenniego widać, że przemyślenie, przygotowanie i napisanie tej powieści zajęło mu lata, a może nawet dziesięciolecia.
-
2012/02/19 10:44:39
Ciekawostką jest Czeszka, autorka "Żelarów", Kveta Legatova, która debiutowała w wieku... 82 lat! :D www.biblionetka.pl/art.aspx?id=38863
To optymistyczne, nigdy nie jest za późno na realizację marzeń.
-
2012/02/19 12:04:50
Ciekawe, czy to najpóźniejszy debiut w historii, czy zdarzały się jeszcze bardziej ekstremalne przypadki? :) Byłam przekonana, że tak późno wydana pierwsza powieść musi być zbiorem wspomnień, ale notka z Biblionetki wskazuje na to, że wcale niekoniecznie.

Kliknięcie w plakat odsyła do moich recenzji

Moje Typy 2012




Moje Typy 2011